Oddaję się temu, co moje, w stanie niepogorszonym

Oddaję się temu, co moje, w stanie niepogorszonym

Na zdjęciu zawsze udaję smutniejszą, znowu szybka Gelsomina do subiektywu, to wyszczupla kości policzkowe.

Od kwietnia codziennie robię sobie zdjęcie. Mam ich kilkaset. I nie usuwam żadnego. To mój wieczorek zapoznawczy ze sobą. Zbliżyłam się do siebie. Zobaczyłam się w najgorszych chwilach. Nie odwróciłam oczu od siebie, kiedy grunt pod nogami okazał się długim spacerem po dnie, zbudowałam tam dla siebie szałas i donosiłam jedzenie. Wciąż tam zresztą mieszkam. Ale okopana w sobie.

Jestem każda. To ja. Za kilka dni skończę czterdzieści lat. Nadal z zapałem marzę o tym, kim zostanę w przyszłości. Mam dwie kapitalne córki. Osiemnasto- i dziewięcioletnią. Są wspaniałe. Niezwykłe. Własne. Dostaną mnie teraz więcej. To dobrze. Ja też dostanę siebie więcej. Nie jestem kobietą sukcesu, jestem kobietą podnoszącą głowę wysoko, z zagryzionymi ustami. Postanowione z samą sobą, że między każdą mną a mną – sztama.

Jestem osobą z natury i kultury wesołą i życzliwą. Nic nie poradzę na to, że bardzo lubię ludzi. Lubię ich poznawać, znać, chętnie poznam całą dzielnicę, kraj, kontynent. Mogę iść i rozmawiać z ludźmi z przystanków, kiosków i straganów. Niosę nierejestrowany reportaż z samej siebie. Składam donosy z nieistotnego.

Czytam, robię okłady z książek na głowę.
I piszę. Tyle.

Jest mi ogólnie dobrze, oddaję się temu, co moje, w stanie niepogorszonym.

Masa roboty z samą sobą

Masa roboty z samą sobą

Zobaczcie tylko, jaka charcio chuda ręka, łaskawe światło listopada i przekrój poprzeczny!

Kiedy robię swoje rzeczy, również bardzo dla mnie trudne, czuję się szczęśliwa. Kiedy czuję się szczęśliwa, wydaję się sobie niesłychanie piękna. Kiedy wydaję się sobie niesłychanie piękna, daję sobie masę drobnej dobrej uwagi, przepuszczam samą siebie w kolejce, troskliwie trzymam swoją rękę w kieszeni, żeby ją ogrzać.

Masa roboty z samą sobą.
Sama się nie chciała zrobić.

Black today

Black today

black today
codziennie zniżka
nastroju

mam pudełka
na nic więcej, na nic specjalnego i na nie dla mnie

sortuję
po cenie

Własny pokój

Własny pokój

Porządkuję, oddaję, wyrzucam.
Dzielę na to, czego potrzebuję naprawdę i na to, co niosę latami jak balast.

Wyrzuciłam wielkie worki rzeczy na wszelki wypadek. Podarłam rachunki za prąd pobrany pod ostatnimi czterema adresami. Sprzedałam za duże ubrania, kotom ze schroniska szykuję paczkę z kocykami.

I mam wreszcie swój pokój.
I biurko.
Na biurku „Anubis piszący”, którego namalowała dla mnie Joanna JoKa Karpowicz.
I dziewczyna w turkusowej sukience, z lusterkiem i dopiskiem „Nie zgub się” – przysłały ją Kasia Warpas i Dagmara Med, a ja ją teraz postawiłam tuż przy sobie, bo się właśnie świeżo odnalazłam.

Czuję się o tyle lżejsza.
Jakbym odzyskała miejsce na życie.

Wokół mnie jest bardzo mało. Wszystko policzalne. I jasne.

Jest mi bardzo dobrze ze sobą.
Takiej z miejscem.
W głowie sześć pomysłów, każdy dość ważny dla mnie. Siedzę przy nich pilnie jak uczennica, szykuję.
Zyskałam większą pewność siebie, cudów nie ma, ale pozwalam się pochłaniać planowaniu i robieniu.

I idę do ludzi.
Ludzie tacy najwierniejsi z wiernych biorą mnie na spacer i śmieją się ze mną w deszczu, oraz idą przymierzyć sukienkę, bo też są kobietą i niniejszym bardzo tych ludzi podrzucam wysoko z wdzięczności.

I poznaję też przecudownych nowych ludzi.
Takich, że się w człowieku świeci z radości od samej rozmowy. Ludzi pełnych siebie. Jestem ich okropnie ciekawa, bo ja też okazałam się pełna siebie.

I wszystkich wokół zagaduję, stado ma na imię i poznaje mnie z twarzy. Rozmawiam w sklepach, księgarniach, kawiarniach, ciastkarniach, w czym tam kto siedzi, mansjonowa struktura ulicy, strasznie chce mi się z wszystkimi rozmawiać i wymieniać uśmiech. Dorabiam się sąsiadów własnymi rękami, jestem przyzwyczajona do tej plemienności, pewnie w jakimś stopniu dziedziczę to po dziadku – przedwojennym sołtysie. Czasami myślę nawet, że chciałabym zostać prezydentką tu u nas, bo w jakiejś części chodzi o to, żeby w końcu z sobą porozmawiać. Może zostanę. Pomyślę.

I takie dobre spokojne śniadanie dla siebie zrobiłam. Przesunięta w czasie względem wszystkich dzieci. Zrobiłam dla samej siebie pyszne proste rzeczy, jadłam chleb z masłem posypany pistacjami, gryzłam malinowe pomidory z rynku, jadłam świeżo zrobione guacamole, piłam pyszną kawę, czytałam naraz dwie książki i grzałam się w słońcu nie takiego złego co by na dobre nie wyszedł listopada.

To był dla mnie strasznie ciężki i jednocześnie bardzo piękny tydzień.
Siedzę na podłodze we własnym pokoju i przepełnia mnie radość i wdzięczność.

Pod lewym łokciem w skrzynce wydrukowanych kilkaset stron własnych słów – robię w nich przerywkę, jak trzydzieści lat temu na polu buraków, wyrywam za gęste i wpuszczam powietrze. Siedzę w tych kartkach i śmieję się do samej siebie.

Dobra cisza wokół.

Tak, zdaje się, że w środku odrastam szczęśliwa. I że cały czas tam byłam, pełna takiej mocy, że zobaczycie, miglance, co ja umiem.

Kable przyczyny i skutku

Kable przyczyny i skutku

Niosę zdania o sobie jakby mi zemdlały. Smutek. Czy pourazowy? Czy to wynik zwichnięć i usprawiedliwień?

Myślałam: wciąż mi się przydarza. Okoliczność.
Sprawa, sytuacja. Klęska i nieszczęście.
Zwolnienie z wuefu.
Wszystko, co da się łatwo wylegitymować.

Aż w końcu zrobiono mi zdjęcie: trzymam w ręce kable przyczyny i skutku. I zamykam obieg.

Cała moja rezygnacja z siebie wymaga teraz nagłej interwencji. Czy dzień będzie mój? Kto ten dzień dla mnie zrobi? I czyj jest listopad? Niech zgłosi się do mnie właściciel tego listopada. Niech mnie go nauczy.

Rysujemy ptaki, z tą parą skrzydeł zwiniętych w nas

Rysujemy ptaki, z tą parą skrzydeł zwiniętych w nas

Nie możemy z kotem zasnąć. Próbowaliśmy długo, ale potem wstaliśmy i zrobiliśmy dużo światła w całym domu.

A teraz leżymy z blokiem szkicowym i piórkiem do rysowania. Rysujemy ptaki, z tą parą skrzydeł zwiniętych w nas.

Niedługo świt.
Świty są dobre.
Zaczynają od nowa.