Miasto w sieci katachrez

Miasto w sieci katachrez

Dzisiejsze Miasto jest niemożliwe do oznaczenia, niewymierzalne jako fizyczna przestrzeń; Miasto o usuniętej topologii. Oko nieudolnie rejestruje obraz o nieznanej nam rozdzielczości. Wszechobecna digitalizacja rozwarstwia Miasto: skromna siatka ulic wprzęgnięta zostaje w Globalną Sieć, aby w niekonieczny sposób pośredniczyć w niekoniecznych kontaktach. Internetowe odsyłacze w adresach instytucji, komputerowe rekonstrukcje zabytkowych obiektów, półwirtualny charakter miejsca powodują zapadanie się Miasta w serię okien do otwarcia, przekształcają Miasto w jego własny hologram. Miasto nie posiada już wnętrza, straciło podwórka i zaułki: to, co prywatne i to, co społeczne zostało zdezaktualizowane. Miasto jest fasadowe, projektuje swoje istnienie z pomocą frontonów budynków, obrazów i logotypów. Wymaga od nich więcej niż kiedyś. Muszą być tym, co niegdyś wyłącznie reprezentowały, muszą mówić same za siebie, stanowić jednocześnie znak i przedmiot odniesienia. Nieokreślona całość Miasta staje się szczególnym rodzajem logo.

Ponawialna seria plakatów, ulotek i ogłoszeń. Tablice i banery reklamowe. Neony. Informacje o wyprzedażach. Metki. Uproszczone rysunki przechodniów wklejone w tło. Samoopowiadające się Miasto jako doskonała witryna internetowa, prototyp sieci katachrez. Wstukuję w wyszukiwarkę słowo miasto.

Wyszukiwarka odwrotnie polaryzuje opozycję oryginalność/ wtórność. Bezwymiarowość sieci jako destabilizacja słownika stwarza ryzyko dla symulowanego w niej języka: to, co oryginalne, całkowicie nowe (najskrajniejszym stadium oryginalności języka jest neologizm), może zostać nie znalezione, przeoczone, może nie zaistnieć. Język w sieci musi podporządkować się temu, co już powiedziane, już znane; język musi się powtórzyć, aby udało mu się przywrócić komunikację. Jean Baudrillard pisał już w latach siedemdziesiątych o tym, jak – telemedia – zdominowane zostały przez funkcję fatyczną. „Fatyczność jest oznaką, że należy podsycać kontakt, wytwarzać obieg, mówić bez końca, ażeby po prostu umożliwić język”. Wirtualna rzeczywistość jeszcze bardziej rozpaczliwie naciska na to, aby słowo zostało wybrane. Pisanie i administrowanie stron internetowych wymusza na słowach obsługiwanie możliwie dużo domen. Nazwa własna, semiotyczny genom indywidualności, w przestrzeni wirtualnej jest całkowicie bezradna, o ile nie stanie się metonimią dla wytworzonych tekstów lub rzeczy. Podporządkowanie języka wyszukiwarce to rewolucja w ekonomii językowej. Słowa zostają wtrącone w stan permanentnej katachrezy. Katachreza w sieci zmienia swą figuratywną taktykę, przestaje uzupełniać słownik, kiedy brak mu słów na to, co istnieje. Wirtualna katachreza zajmuje się zwężaniem słownika. Ściągając słownik do objętości minimum, zwiększa prawdopodobieństwo znalezienia rzeczy, której tym razem słowo już nie oznacza, ale markuje. Im popularniejsze słowo, tym większa szansa, by na nie natrafić: ma ono wówczas zadziałać jako pomost pomiędzy wynikami wyszukiwania a jednym z adresów porządkujących zasoby sieci: zwiększa pulę celów podróży po sieci. Dzięki swojej rozpoznawalności, słowo dotwarza dla użytkowników bezmiar rzeczywistości wirtualnej. Zerwawszy uprzednio więzy między znaczącym a znaczonym, słowo odsyła wyłącznie do kolejnych słów, zastępuje je wszystkie. Inaczej mówiąc, w sieci mamy do czynienia z katachrezą drugiego stopnia.

Katachreza drugiego stopnia to jeden z dowodów na to, że interfejs komputera osobistego jest terytorium symulacji doskonałej. Jednakże nie chodzi tylko o symulowanie fasady wirtualnej rzeczywistości za pomocą języków programowania, o przetwarzanie skryptów, zapisywanych przez komputer jako strumień danych, na słowa, obrazy i dźwięki. Podstępnie oczywiste wydaje się raczej ułożenie zależności pomiędzy słowami i przedmiotami odniesienia. Mamy mieć do czynienia z relacjami powtórzonymi, ze ściśle odwzorowanymi przyległościami i podobieństwami. Gra jednak dotyczy pozorowania parametrów, według jakich wykreślone są granice tzw. świata rzeczywistego. Programowanie interfejsu szuka wsparcia w języku komunikacji. Paradoksalnie, dopiero język porządkuje relacje czasowe i przestrzenne pomiędzy obrazami. Folder o nazwie galeria obrazów symuluje sortowanie i przestrzenny układ kolekcji. Słowa separują, segregują, łączą, wyznaczają ścieżki/ schematy poruszania się po interfejsie. Bez słów, informacje (dane) byłyby bezładnie kodowane w systemie zerojedynkowym, bez żadnego użytku dla człowieka: dopiero słowa oferują prawdziwy dostęp do informacji. Jeśli zatem komputer generuje pliki i foldery, jeśli otwiera przed użytkownikiem galerię obrazów, to w miejsce faktury przedmiotów, zapachu tekturowych teczek i błyszczącego druku prospektów, zamiast masywności i betonu budynków, słowa wnoszą w posagu swoją katachretyczną usłużność, oferują swój semantyczny kontur, stanowią świat na nowo dzięki naniesionemu na zdigitalizowane przedmioty odniesienia podobieństwu. Nazwy ze świata realnego przenoszą właściwości dotychczasowych przedmiotów odniesienia w przestrzeń wirtualną, w przestrzeń całkowicie innego kodu. Jednym ze złudzeń projektowanych przez komputer jest więc interfejs, widzialna fasada wydarzeń matematycznych. Dopiero jednak drugie nazwanie świata, ów świat powtórzony w języku, tłumaczy ciąg zerojedynkowy w znajomej grze różnicy i powtórzenia, symuluje kategorie, ustanawia hierarchię, odtwarza systemowość języka na ruchomych piaskach systemu operacyjnego. (Zobrazowana katachreza strumienia danych nie na darmo gra ważną rolę w filmie Matrix: granice interfejsu są granicami naszego świata?) Każde z komputerowych poleceń, takich, jakimi jawią się one użytkownikowi, jest tylko etykietką dla nieprzetłumaczalnych dlań działań programisty, przekształceń skryptu zapisanych przez pecety w kodzie zerojedynkowym. Zwykłemu użytkownikowi przywraca poznanie i rozumienie w obrębie medium, w którego (technicznej) rzeczywistości są tylko wiersze komend i obliczenia. Użytkownik nie odczuwa żadnego zdziwienia tą podwójną grą medium. Żadnego zaskoczenia faktem, że katachreza jest pusta.

Czy interfejs w istocie rozszczelnia związek przyległości pomiędzy słowem i rzeczą? Metonimiczna więź, która kojarzy w pary słowa i rzeczy, wydaje się przecież aż nadto znajoma. Kupujemy sukienki z napisem sukienka i pierzemy koszule z napisem koszula, śpimy w łóżku, podpisanym od spodu łóżko. Plamimy się tabliczką czekolady podpisaną czekolada i pijemy wodę mineralną z napisem woda mineralna, na koniec wymieniamy się wizytówkami. Nikt nie odczuwa niewygodnej tautologii. Może więc dlatego bez trudu kolonizujemy wirtualne Macondo?

Do wiadomości publicznej: ja też jestem stamtąd. Pochodzę z Miasta Tramwai, gdzie mam na imię Halina i napisał mnie Kajetan Hajkowicz. www.miastotramwai.pl

Kosztorys znaczenia

Kosztorys znaczenia

Andrzej Sosnowski, Nouvelles impressions d’Amerique, Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi, a ja nie dotykam istoty sprawy.

Nie mam narzędzi do demontażu tych wierszy, tak, aby stworzyć giełdowy indeks możliwych trybów ich odczytań. Moich narzędzi jakiś cwaniak użył do zrobienia swojej poezji. Czytanie bez narzędzi nie daje zaś żadnego sensu o przedłużonej trwałości, myślę, ku swemu zatrwożeniu, zanim jeszcze pozwolę sobie na (taki niezawodowy?) zachwyt. Pilna potrzeba rozliczenia się z sensów naddanych, z jakiejś semantycznej superaty, jaką dają wiersze Sosnowskiego podczas interpretacyjnej inwentaryzacji, została wchłonięta przez tekst interpretowany: on już ten mój rachunek zachciankowy podrabia i zawiera. Interpretacja jest oczywiście możliwa, kurtuazyjnie przychyla się do naszych próśb i feblików poeta, wszelako nie znajdzie się ona wyżej tekstu; nie będzie wiecznej chwały i notki w encyklopedii dla deszyfratorów przenośnej enigmy, bo też ta poezja demaskuje właśnie obecność szyfrów, upublicznia kody, piętrzone przez użytkowników systemu językowego, obśmiewając przy tym naszą słabość do czytania ze zrozumieniem. Wyjście z domu niewoli, poza przestrzeń kodu, porozumiewanie się – to sprowadzenie języka do możliwie uproszczonej postaci, obopólna zgoda na tautologię. Triumfalnie odnajdywany klucz do sensu, maszyna deszyfrująca na licencji poeticae pozwala bowiem co najwyżej wrócić do kodu wspólnego dla uczestników jakiejś umowy społecznej, kodu, w jakim potrafimy mówić do rzeczy. Jest to powrót i jest to ulga, ale nic ponadto. Szczęściem, rzeczy są na tyle dobrze opisane, że słowa brzmią znajomo, chyba żeby je powtórzyć jakąś nieznośną ilość razy, wówczas zbyt skwapliwa reprodukcja sensu budzi podejrzliwość; razi sprawna mechanika systemu, gryzie nienaganna powiadalność języka.

I mówię odtąd tylko jako literaturystka: dobrze jest wyjechać ze swoim językiem. Daleko, w zupełnie inny język – język opisu wszystkich Stanów. Tak żeby własny język został sam, bez odsyłaczy i przydzielonej komisyjnie ochrony czystości. Bez moherowej nitki łączącej z obowiązkiem narodowo-chrześcijańskim. Bez szkolnej higienistki, która dezynfekuje metafory, gdy szczególnie ranią zdrowy rozsądek, i opatruje każdą jałowym komentarzem.

Kiedy język zostaje sam i rzeczy nie są już gwarantowane, można się wziąć za wyrób nowych.

Potem wystarczy uruchomić z gruntu podejrzaną turystykę, transkontynentalną kolej rzeczy, lubianą przez moje Biuro ze względu na jej nieoficjalny charakter (nikt tam nie akceptuje kart honorowanych gdzie indziej). Być wewnątrz świata to, jak wykazuje inspekcja metafor, być nieustannie wewnątrz wiersza, wewnątrz języka. Nasza obecność prowadzi tam do nagłych spięć; rzeczy chcą być przedmiotami naszego pożądania. Z krótkiej walki o dominację wywiązuje się struktura, kartografia, mglisty zarys pojęć: język bez skrępowania oznacza całe swoje terytorium, przez zaniechanie mówienia. Wszystko, co znajduje wyraz w języku, świat następnie wysyła do nas jako powiadomienie o sobie, nawet jeśli jego sens jest zaskakująco mało dosłowny. Teksty Sosnowskiego opowiadają ten świat powiadomień, świat, który obstaje przy tym, że jest całością trwalszą niż ze spiżu, a dowody istnienia gromadzi w tekturowych teczkach, do których z lubością odsyła wiernych czytelników.

Taki świat umieszcza w obiegu sporą ilość opinii, punktów, not bankowych, kuponów do odcinania i znaków jakości, całą tę szarą strefę pośrednictwa między rzeczą a słowem, która decyduje o bieżącym kursie znaczeń; gra na giełdzie nigdy nie wydawała się bardziej ekscytująca. Można więc bez większego problemu inwestować w wybrany obraz świata, chociaż ryzyko jest spore, jak zawsze gdy chodzi o fikcyjne nieruchomości.

„Każda rzecz powinna kosztować tyle, ile słowo w tym telegramie. Dopiero wówczas udałoby się ustalić związek między rzeczą i słowem”, czytamy w Nouvelles impressions d’Amerique. W tomiku Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi, trzymam paragon fiskalny i studiuję łącznie. Będzie 17 zł i udziały w prywatnej katachrezie, co daje się odliczyć od rzeczywistości. Której zresztą w księgarni nie dołączono.

Kultura archiwum

Kultura archiwum

Nie da się tak zwyczajnie uwierzyć w to, że nas tutaj nie ma, że nasz język nie zawiera nas wcale; uczymy się języka, aby w nim obiecywać ciąg dalszy, wyrzucamy go w przyszłość, aby przeciągał nas na swoją stronę – musi nas ubezpieczać, iść przodem, zahaczać o rzeczywistość, więc nawet kiedy ostrożnie przysuwamy palec do krawędzi tekturowego samolotu, kiedy przez chwilę graniczymy ze światem tak, jak graniczą ze sobą figurki origami, na jesień zawsze odzywają się bóle fantomowe, uwiera amputowana realność, rwie w kościach bezpowrotnie utracona referencja. Dla wytchnienia czytamy wtedy o czasach, w których ścieżki wytyczała jedynie Litera Prawa, w których los zapisano nam w górze; tak było dopóki ciemności alfabetu nie zakryły ziemi. Marzymy o tych wiekach ciemnych i naiwnych, kiedy rzeczy w słowach można było szmuglować bez opamiętania.

Niepokojące nas zmiany w tkance tekstu, kolejne nawroty „rzeczywistej nieobecności”, która sieje spustoszenie w słowach, te reemisje tęsknoty za przedmiotem odniesienia sygnalizują przede wszystkim, że zarówno kiedy mówimy o literaturze, jak i kiedy uprawiamy literaturę, znajdujemy się w obszarze kultury archiwum, w której przechowuje się wszelkie dotychczasowe realizacje wszelkich dotychczasowych konwencji opisu. Obowiązujące stylistyki i krnąbrne innowacje znaczą nie w odniesieniu do rzeczywistości, lecz w odniesieniu do innych opisów; słowo nie jest puste, ale w naszym odczuciu opróżnione z rzeczy, ktoś okradł nasz język – z wszystkiego.

Wszakże świat, którego się uczymy, oszukani spadkobiercy epistemologów, jest światem opisanym – decyzja o jego poznaniu jest także decyzją napisaną, w myśl tej decyzji kultura gromadzi dla nas wszystkie swoje realizacje, tłumacząc to kumulacją wiedzy. Zamiast jednak stałego dostępu do stabilnych danych, kolekcjonujemy opisy naszych badań, przymykając oczy na stopniowalność ich asercji, trochę może tylko kaprysząc przy katalogowaniu fikcji. Ze straceńczą odwagą majstrujemy jeszcze czasem przy prowadnicach archiwalnych szuflad, oliwimy tryby, żeby dało się gładko wypowiadać rzeczy, żeby dało się wypowiadać słowo „rzecz” jak rzecz samą w sobie. Małe, wzruszające matactwa i czasem, mimo kryzysu referencji, ubytku znaczonego w rejestrze języka, pomimo tego śmiesznego manka wytkniętego przez speców od inwentaryzacji świata w tekście i przez tekst, „świat” i „przedmiot odniesienia” niespodziewanie powracają, jakkolwiek w cudzysłowie; w ten przebiegły sposób zapewniamy sobie do nich – nareszcie nieograniczony – dostęp.

W punktach kontrolnych radość umiarkowana. Utajnione procedury postępowania z tekstami, jakie obowiązują pracowników archiwum, zawierają cenne instrukcje: wiedzę o „świecie” i „przedmiotach odniesienia” zdobywa się bowiem posługując się porównywaniem zmian i wychwytywaniem różnic w rozmaitych opisach rzeczywistości. Pedantyczni archiwiści dbają o wyznaczenie relacji pomiędzy nimi, rozlokowanie ich pomiędzy sobą w taki sposób, aby powtórzyć układ tekstów towarzyszących, zrekonstruować opisy, które zostały wyparte, odtworzyć antagonizmy pomiędzy konwencjami, przyłączyć całą tę elektryczność, aż gra różnic sprawi, że znaczenie opisów stanie się, mimo swej nieokreśloności, na powrót „investigable” – badalne, jak za Wittgensteinem dowodzi Steiner. Kiedy proza metafikcyjna odtajnia procedury archiwum, a jej figuralne nadużycia operują właśnie różnicą pomiędzy wykluczającymi się konwencjami opisu, odsłonięta zostaje rola umów fundujących dlań odmienne odniesienia. Wyjawiony zostaje złożony związek zachodzący pomiędzy opisem a zasobami konwencji, jakie pozostają do dyspozycji kultury archiwum i wobec których określa się i różnicuje każda nowa gra językowa. Jeśli nawet (uznać, że) teksty są albo puste i nieczytelne, albo wtórne i zapośredniczone przez wcześniejsze teksty, albo, niech tam, robią za gwałtowne i natrętne świadectwo prawdy, kultura odnotowuje je każdorazowo jako zmianę w formowaniu znaczenia. Wyżsi rangą pracownicy wiedzą, że gdyby przydarzyła się nam globalna atrofia referencji, nie zmieniłaby nic w fundamentach archiwum: pozostawione katalogi ciągle wytwarzałyby najważniejszą cechę kultury literackiej: kodowanie w paśmie różnicy i powtórzenia. Jeśliby przemyśleć przy okazji derridiańskie „znamię pisane”, właśnie to byłaby jedyna względnie trwała jakość, jaką może ono oferować.

Fundamentalne przesunięcie z referencyjnej do wewnętrznie relacyjnej semantyki”, pozwalające, jak dowodzi Steiner, współczesnym naukom lingwistycznym usunąć ostatnie przesłony herezji omawiane w Kratylosie, likwiduje zakorzenienie tekstów w rzeczywistości. Notując wieczorami ruchy tektoniczne w powieściowych konwencjach realizacji własnych celów, zaczynamy domyślać się, iż praktykowana w nich figuralna perswazja jest każdorazowo narzędziem naszego rozumienia – innych opisów świata. Kiedy wykroczenie przeciwko powieściowej retoryce akceptowanej ze względu na jej niezbywalny walor poznawczy jest odczuwane jako nowe/ obce, znaczy właśnie jako zmiana, i, jak chce Rorty, destabilizuje wcześniejsze opisy świata, przywraca poznaniu wartość działania na tekście.

Trzeba dobrze przemyśleć własny sprzeciw przeciwko temu, co zanadto retoryczne: to wyraźny sygnał delimitacyjny: karny obywatel mimesis sprawnie odkreśla linijki tekstu od rzeczywistości, wie, od jakich słów zaczynają się prawdziwe rzeczy, a dokładniej: opisy prawdziwe. Granice opisów prawdziwych bywają wszelako słabo strzeżone, tak, iż nawet estetyczna niesubordynacja powieści może zostać ostatecznie zinterpretowana przez pryzmat ekspresji podmiotowej, a nowy sojusz nadawczo – odbiorczy pozwala w zmatowiałej narracji powieściowej wykryć epifanijne drugie przyjście, cud przedstawienia tego co nieprzedstawialne; bo też w kulturze Zachodu przyszykowano niezwykle chłonny wiedzy grunt pod narracyjne landszafty, co naraża nas każdorazowo na mówienie o świecie i człowieku.

Dlatego mogłabym zrobić tymi słowami wszystko, wywołać reakcję łańcuchową metafor, żeby cały język wybuchł, żeby się poddał, mogłabym wymusić kapitulację znaczenia, ręce na karku, pyszny protektorat podmiotu, rzeczywistość oddzielona higroskopijną warstwą tekstu; tak – mogłabym, przecież to wystarczy napisać. Czekam na specjalne zezwolenie archiwum.

Sezonowanie czasu

Sezonowanie czasu

Wiosną przychodzi czas na kłopotliwe porządki w Biurze. Segreguję, mnę, wyrzucam. Zszywam, co rozdarte. Próbuję ułożyć alfabetycznie. Potem chronologicznie. Na koniec według kolorów okładek: czerwone i czarne. Majstruję przy archiwum. Coś tam zetlało, kartki wytarte od wertowania. W jasnych safianowych pudłach leżą te o brzegach nasączonych trucizną. Dołączyłam rękawiczki z miękkiej skóry. Ja nie używam.

Katalog śmiesznie mały. Jak dotąd, dwie tekturki: terminarze i mapy. Dorobiłam precyzyjne odsyłacze: patrz: Biblioteka.

Po pracy przeglądam foldery z światami przedstawionymi. Oferta mnie przerasta. Pobyty tylko równoległe. Nie wiem sama. Ryzyko w takich czasach, wszystko niedokonane. I ludzi człowiek nie zna, w języku się jeszcze nie rozpozna, las rzeczy mieszany. Zakwaterowania żadnego, ciągle w drodze, a potem jeszcze kłopoty z wiecznym powrotem. Nie wiem. Bezpieczniej w Biurze chyba. Jakoś tak.

Wykładam na stół dwie przypadkowe kartki. Czytam. Piszę. Jak w życiu.

____________________________

Podkatalog: terminarze i mapy/ czasoprzestrzeń/ czas powieściowy

hasło: chronometryka

 

Każda powieść musi posiadać swoją chronometrykę, czas urodzenia znaczeń. Właściwości czasu powieściowego określa bowiem konkretny kalendarz, który dyktuje narratorowi właściwy idiom do rejestrowania wydarzeń oraz nadaje im tym-czasowy porządek i sens. Uświadamiam to sobie, kiedy zdarza mi się natknąć na teksty graniczne, w których dokonuje się wyraźna zmiana, w których jeden kalendarz zapada się w drugim. Dobrze jest wtedy sprawdzić, jak formułuje się w nich nowe oczekiwania wobec czasu, jak czyta się w nich siebie.

Dla przykładu: chronometryki Opowieści galicyjskich Stasiuka i Zwału Shutego są całkowicie odmienne. Opowieści utrwalają czas, w którym zaczyna się korekta kalendarza dotychczasowego, a dodatkowo nakłada się na nią powidok najstarszego, boskiego porządku. Zwał zaś prowadzi zapiski w kalendarzu już zmienionym i ujednoliconym, w modelu odmierzania czasu wspólnym dla kultury masowej.

Kalendarz jako taki zakłada, że pewne rzeczy wydarzą się jeszcze raz. O ile jednak ów obowiązujący kalendarz wydaje się jednorazowy, nie wart wypełnienia, błahy, z dniem przeznaczonym do wyrwania (z pamięci, z kontekstu), to pod nieważnym, nadrukowanym wtorkiem świątkiem piątkiem i niedzielą, w zapiaszczonych arteriach czasu, upływają kalendarze inne, bardziej nieuchronne, w których czas wciąż oznacza nieustanne powtórzenie, z oczywistym ryzykiem uchybień w programie, z marginesem błędu.

To bowiem powtarzalność umożliwia stanowienie normy, zapis litery prawa, a także druk obowiązującego kalendarza, w którym wytycza się in blanco plan roczny, przygotowuje kliszę do kontrolowania wszystkich pojedynczych dzisiaj. To, co nie mieści się w kalendarzu, każda nieprawidłowość, błąd, niesubordynacja, ludzkie odstępstwo od porządku, pozwalają westchnąć: taka jest kolej życia. W tej luce czasowej, w tym wypaczeniu zapisuje się czasem ktoś pojedynczy, ktoś, kogo błąd będzie niepojęty dla innych, nie mieszczący się w puli zrytualizowanych zachowań zalecanych przez instynkt kultury. Czy więc jednostkowe życie ludzkie nie zasadza się na przekonaniu o konieczności błędu, żeby mogło dziać się jako przejmująco małe, prywatne i indywidualne? I czy w tym sensie powieści nie są katalogami błędów, spisami odstępstw od kalendarza powszechnego?

Literatura jako opowieść sankcjonuje najgłębszą kulturową pamięć obsesyjną: opowiadanie śladów (wspominanie) ma być przywracaniem do życia tego, co minęło, ma być powrotem nieobecnego. Narracja chce powtarzać sukcesywność wydarzeń poprzez sukcesywność referencji; słowo po słowie wodzi wzrokiem za przedmiotem odniesienia, czas nieprzerwanie przesypuje się w ruchomych piaskach liter, wystarczy odwrócić klepsydrę, żeby nie rozlepili jej w mieście. Tekstowe odradzanie się czasu fundowane jest poprzez continuum narracyjne. Niepowstrzymany ruch znaczeń powoduje niestety dojmującą, uporczywą trwałość tekstu, niezniszczalność świata, w którym nie można zwyczajnie umrzeć. Listy, które zostają po zmarłych, wciąż mówią ich głosem. Powieściowe samobójstwa popełnia się ciągle od nowa, a przerwane dzienniki maniakalnie odtwarzają nieśmiertelne teraz pisania, nienaturalnie żywą mowę. Jak się okazuje, chronometry tekstowe nie tyle służą do mierzenia czasu, co do jego wytwarzania.

Współczesna proza obserwuje i wykorzystuje zakłócenia w czasie egzystencji, nakładanie się sprzecznych porządków, pewną kolizyjność kalendarzy historii i religii, stopniowo dewaluowanych w przestrzeni kultury masowej. Wykluczające się sposoby nadawania sensu życiu powodują ostatecznie poczucie bezwyjściowości, i wynikają z poważnych zakłóceń w odmierzaniu i pojmowaniu czasu. Jest to wszakże proces, którego fazy notuje właśnie powieściowa chronometryka.

W prozie Stasiuka historia, która zawsze kołem się toczy, musi lada chwila ulec odmiennej matrycy, innemu systemowi naliczania wartościowości czasu. Oto jednak w opowiadaniu Władek, mieszkańcy wsi, w której z czasem na komunistyczną szarzyznę nałożone zostaje przezrocze kapitalistycznej feerii barw, odnowioną czyli nieznaną witrynę kiosku czytają według starego chronometru. Opakowania zagranicznych kosmetyków włączone zostają do naturalnego w tym miejscu, sakralnego porządku symbolicznego, który zdaje się triumfalnie wracać:

 

„(…) Wody potopu ustępują, ostatni sekretarze zostali zatopieni albo umknęli, zło wygubione, a na niebie wschodzi nowa tęcza, znak pojednania. Stare kobiety stoją jak zwierzęta wypuszczone z arki i oglądają znaki najnowszego przymierza. Pejzaż nigdy nie budził takiego zainteresowania. Jakby to stare dzieło Boga wyblakło, jakby deszcze, śniegi i cierpienie starły z niego całą farbę, czyniąc go przezroczystym.

Tęcza witryny wysyła twarde, zdecydowane światło, w którym unoszą się zaklęcia w niezrozumiałym języku.

Kolor biały – Similac Isomil – to czystość, radość, niewinność i wieczna chwała, to barwa szat Chrystusa na górze Tabor, to bisior ze świątyni Salomona. Niebieski – Blue Ocean Deodorant – to kolor Matki Boskiej, firmamentu i tak jak biel znaczy nieskazitelność.(…).”

[A. Stasiuk, Opowieści galicyjskie. Władek, s. 13 – 14]

 

Tylko poziom narracji notuje ten zaskakujący anachronizm, który sprawia, że ślady „nowego”, znaki całkowitej odmiany czasu, czytane są według niewłaściwej matrycy. Proza Stasiuka pokazuje więc fragment czasoprzestrzeni, w którym kolidują ze sobą dwa kalendarze. Jeden projektuje wieczność, trwałość znaczeń, drugi, o czym jeszcze nie wiedzą jego nowi uczestnicy, kusi nieustanną zmiennością, piękną chwilą promocji. Ten drugi kalendarz, który w świecie jest już kalendarzem obowiązującym, przypomina, że każdy dzień należy spożyć jak najdokładniej, bo taka okazja, tak niesłychana szansa na lepszą egzystencję nie może się powtórzyć. Anonsuje konsumpcjonizm jako nieustający apetyt na teraźniejszość witryn sklepowych. Bohaterowie Opowieści galicyjskich jednak jeszcze nie potrafią odczytać sensu zmienionego obrazu świata wedle nowych prawideł, więc zrywają z kalendarzem wcześniejszym i linearną ścieżkę szarej historii na powrót wyginają w idealne koło. Oś czasu zawłaszczona zostaje zatem przez porządek Przymierza z Bogiem, pozwalający zaznaczać w kalendarzu powtarzalność dni świętych, które nie są rocznicami minionych wydarzeń, ale ich ciągłym dzianiem się na nowo. W tej boskiej perspektywie bieg wydarzeń został ustanowiony wcześniej, zaplanowany przez Sąd Najwyższej Instancji Nadawczej, człowiek zaś jest bohaterem napisanego niegdyś Tekstu, bohaterem czekającym, aż wypełni się czas, który mu dano. Jak pokazuje proza Stasiuka, ponowienie sakralnej kolistości czasu przywraca sens niepokojąco ruchomemu światu.

Zwał Shutego zaś opowiada rzeczywistość, która, w gruncie rzeczy, przywłaszcza sobie i degeneruje czas kolisty, przetwarzając go w czas kolizyjny. Kalendarz szanuje teraz wyłącznie religię roboczogodzin, mierzy czas uciążliwych, bezsensownych powtórzeń. Jak powiada „wielmożny pan dyrektor” tego kalendarza,

„(…) każdego dnia musisz obdarzać wyrazami szacunku Pracodawcę, który w swej łaskawości pozwala ci napełnić twoją pustą egzystencję żywą wodą życia. – Na nadchodzący okres rozrachunkowo-rozliczeniowy – tutaj wielmożny pan dyrektor wskazuje niewidzialnym wskaźnikiem na podczerwień cyfry na niewidzialnej tablicy – przyjmujemy nowe błogosławione strategie medialne!” [S. Shuty, Zwał, s. 197.]

 

Czas zatem rozpada się na bieżący i nadchodzący okres rachunkowo – rozliczeniowy. Początek i koniec – zmieniają się w mistyczny początek i koniec miesiąca. Człowiek jako klient świata ma poddać się czasowi wpływów na konto i czasowi rozliczeń. Musi szanować czas inwestycji i czas kapitalizacji odsetek. Obłudny, zainteresowany jedynie wydajnością każdego dzisiaj kalendarz jest pedantyczny do przesady: podzielony w nim skrzętnie dzień każe odgraniczyć od siebie dwie co najmniej wersje osoby: oficjalną i prywatną, które odtąd różnić się będą od siebie jak treść zeznań podatkowych i pamiętnika intymnego. (Gombrowicz w kodeksie pracy, Gombrowicz zawsze w formie.) Tę kolizyjność czasów, przestępczą symultaniczność czasu egzystencji, pociąga do odpowiedzialności powieść współczesna. Powieściowe gesty negacji, antykonwencje mają psuć narzucony, niewygodny porządek. Tak jak u Shutego, tasuje się karty dziennika świadomości, ażeby ocalić suwerenność chociaż w tym buncie wobec terminarza. Ma to być kontrabanda, przemyt na małą, przydomową skalę: codzienne wnoszenie do pracy prywatnych myśli i wywrotowych sądów, robienia obraźliwych notatek na marginesie spotkań urzędowych. Czas oferowany jako wieczne dzisiaj nie zawiera bowiem żadnych nadwyżek metafizycznych. Jest czasem instant, gotowym do spożycia w promocji, czasem rozliczeń bieżących i niskooprocentowanych rachunków sumienia konsumenta.

Właśnie chronometryka powieściowa zdradza, że w kulturze masowej czas nie zostaje dostatecznie wysezonowany. Na giełdzie nie następuje sublimacja moralnych wartości wydarzeń i działań, brak ich kumulacji w metafizycznych węzłach czasu, w etycznych punktach kontrolnych. Deprawuje się często sama boska buchalteria literacka, nawet narrator bowiem zajmuje się kalkulacją sensu, atrakcyjnością czasu opowiadanego.

Czy jednak da się opowiadać poza czasem? Kultura masowa nie przyznaje się do braku kontroli nad nim, wręcz przeciwnie, jak w każdej działalności gospodarczej, markuje prawo do handlowania nim, łącznie z oferowaniem linii kredytowych na spokojną starość. Kradnie się też koncesję na prywatyzację i regulację czasu: w ofercie jest więc chwila dla ciebie, chwila przyjemności, darmowe minuty, teraz polska, całe życie z naliczaniem sekundowym. Kultura opowiada czas jako nieskończoną serię dzisiaj, do tego właśnie służą jej terminarze: zarówno w powieściowych konfabulacjach i biurowych roboczogodzinach jest on wygodnie rozplanowany, rozwijany w przyszłość jak czerwony dywan, ten gotowy do powtórnego użycia szablon na odliczoną ilość kroków. Chcąc zaś być na czas na czasie, trzeba przystać na jego warunki, tak by chronometr rejestrował nasze życie jako poprawną i opłacalną sekwencję wydarzeń.

_____________________________________

Zamykam katalog. W Biurze też jest dzisiaj. Ja biegnę dalej.

Monologia. Wy-powiedzenie kobiecości

Monologia. Wy-powiedzenie kobiecości

_________________________________________

Kiedy, przy niechętnej asekuracji sprzętu literaturystycznego, wyruszam na poszukiwanie tekstowej kobiecości, okazuje się, że kobieta wydarza się na wiele literackich sposobów, podejrzanie prywatnych i fikcyjnych zarazem. A ty jesteś egipska królowa/ jak miód słodka i mądra jak sowa/ a ja jestem dla Ciebie jak światło. Wszystko, co określa , jest cudze, nie należące – do niej, nie należące – się jej. Możliwości działania sprowadzają się do lawirowania między znakami z napisem takie kobiece, zaś ruch ku znaczeniu odbywa się, niezgodnie z prawami fizyki, po stronie biernej.

Kobieta opisywana robi ściśle określone rzeczy. Jest cały słownik, który dostała od kultury w posagu. Są tam sukienki i spódniczki, zmysłowa bielizna, egzaltacja i koronkowe chusteczki, wzruszająca codzienność drobnej przepierki. Rozpaczliwe wzywanie domowych posiłków. Rajstopy grube i ze szwem. Jedwab, nylon, bawełna. Flanela i barchan. Ażurowe wspomnienia. Przepisy kulinarne. Żurek na zakwasie. Pończochy. Żylaki. Wysokie obcasy. Hiszpański bucik. Torcik hiszpański. Gwarantowane konstytucją pozycje w zawodowej kamasutrze. Udawana satysfakcja. Wyuczony zawód miłosny. Kuchenna zazdrostka. Miłostka sypialniana. Łzy szczęścia. Urządzanie domu. Izba porodowa, izba czeladna, salon. Podwyższona ciepłota ciała w czasie owulacji. W tubylczym języku przydziałowa końcówka gramatyczna „-a”. Sopran. Alt. Chrypka niższych aspiracji. Wyzywające zachowanie. Czułostkowość. Zmienne nastroje. Słabość do zdrobnień. Mydlenie oczu. Tuszowanie rzęs. Łatanie budżetu. Nienaganna figura retoryczna. Honorowe miejsce przy toaletce kultury i sztuki.

Kiedy tekst buduje historię kobiecą, chce, ażeby, jak wszystkie inne, trwała w pamięci. Architektura tekstu musi być więc solidna, podwaliny historii wsparte na prawdzie o kobiecie. Dziewczynka z Zapałkami zagląda przez okno do historii możliwych, cicha i pokornego serca. Ten i ów całuje ją w rękę: szacunek dla fabuły wyklucza jakiekolwiek zmiany. Wszystko identycznie trwałe jak numer telefonu na pudełku

Nawet jeśli kobieta próbuje wymusić wierność opisu, wciąż posłuszna jest słownikowi. I tak, w walce o kobiecość, towar promowany na rynku, odważna do bólu narracja upomina się o rodzaj żeński. Sprawa jest głośna, wpisano ją na publiczną wokandę, toczy się w sądach moralnych i estetycznych, jak wszystkie historie – niespiesznie, jak wszystkie obracane w ustach słowa – okrągła, niby niezapomniane pierwsze jabłko, padające niedaleko od drzewa poznania. Wyrokiem losu Wielki Brat oddaje połowę słownika Wielkiej Siostrze. Jednak ciągle mieszkają razem.

Kobieta, która chce wykorzystać tekst dla siebie, robi to zupełnie inaczej. Używa narracji, żeby oddzielić się od opowiadanej historii. Prawdziwie kobieca historia jest nauką niepamiętania. Wy-powiedzeniem, które daje się niechcianym wspomnieniom. Wy-powiedzeniem fikcji. Rzeczy, zdarzenia, całe kawałki świata, w miarę jak nabierają słów w usta, odchodzą w niepamięć, ulotne jak język, niewłaściwe, nie takie same – jak to, co jest. Tekst wydaje się na pastwę losu w miejsce kobiety, która może spokojnie odejść, lekka i wolna od historii. W tekście pozostają bełkotliwe, niestaranne prawdy. Chropowata obsesyjność języka nie pozwala się w nim rozgościć. Jeśli język jest pamięcią, to monologie wy-powiadane, dalekie krewne monologu wypowiedzianego, są próbą zatrzymania tego, co poprzez język pamięta się samo, próbą zatrzymania muzycznej fali falsyfikacji, odwrócenia jej przeciwko niej samej.

Takie jest Przegryźć dżdżownicę Katarzyny Grocholi, takie jest Paris – London – Dachau Agnieszki Drotkiewicz, taki jest mój własny Dziennik frazeologiczny. Swą wirtuozerską realizację monologia znajduje w Pianistce Elfriede Jelinek.

Żeby przerwać samoopowiadającą się historię, kobieta kładzie się w poprzek słów, które były tu wcześniej od niej i żądają posłuszeństwa. Umyka przed stałymi związkami frazeologicznymi, w których jest taka kobieca. Środowisko nie jest neutralne. Gramatycznie kobiecy tekst, niczym papierek lakmusowy, wykazuje istnienie obowiązujących zasad. Tu wszystko jest reglamentowane, także opowiadana historia. Suum cuique. Trzeba być niesłychanie ostrożnym, kobietę zdradza nawet imię. To bowiem raczej przezwisko: decyduje o tym, jak zostanie przyjęta w świecie, wróży rozpoznanie. Jedyne, co pozostaje kobiecie, to emigracja z języka, ucieczka od systemu nerwowego. Nacięcie żyletką blizny po Odyseuszu.

Monologia zakłóca budowanie pamięci, jest implozją języka. Podkłada doń lubiany w towarzystwie ładunek kobiecości po to, by zdetonować dyskurs. Kobiecość opresyjna wyrzuca z siebie historię. Liryka zwrotu do adresata jest tutaj liryką zwrotu do nadawcy, liryką nie doręczoną nigdy. Długie listy nazwisk, raporty z oblężonej świadomości, notatki na skraju załamania nerwowego pochłania niszczarka monologii.

Boska afazja dyskursu. Zemsta ręki kobiecej.

Słychać arogancki stukot obcasów, szuranie zniszczonych pantofli, skromną orkiestrację zamierającej buty. Nikt nie powiedział, że powrót z odwiecznej wojny płci będzie triumfalny. Żadnych zmian na mapie świata. Zabiegu usunięcia brzemiennej w skutki opowieści nie widać przecież.

 

 

 

 

Fałszerze powieści

Fałszerze powieści

…………………………………………………………………………………………………………………

………….. a jeśli nagle, na środku chodnika, na kawiarnianym stole, w trawie znajdę zadrukowaną kartkę, którą ktoś porzucił? Co z nią zrobię? Albo może: jakie obowiązywały mnie będą procedury postępowania? Czy nie trzeba najpierw dobrze jej się przyjrzeć? Wygładzić zadarte brzegi, obejrzeć pod światło, jak przypadkowo wyprany banknot, obejrzeć pod kątem ocalałej wartości, obejrzeć pod presją systemu papierów wartościowych? Czy nie należy dokonać błyskawicznej wyceny? Tak, aby rozpoznać ewentualny nominał i ustalić obowiązujący kurs wymiany na sens?

Komunikacja międzyludzka tworzy słowa, by zdeponować w nich wartość, czyli prawdę o sobie i świecie. Używa słów, by móc wymieniać się tą wartością, przenosić ją na większe odległości, przestrzenne i czasowe.

Tekst literacki pozwala wartość zazdrośnie kumulować, wykorzystuje wszakże słowo pochodzące z komunikacji pragmatycznej do własnych celów, do prawdziwego zmyślenia. Nigdy ten paradoks nie uderzał bardziej. Prawdziwe zmyślenie. Historia, która nie miała miejsca, a zatem ani też czasu, ani bohatera, ale jednak przebiegła – przez naszą myśl, kiedyśmy ją czytali. Słowa sugerują prawdę. Nie potrafią inaczej. Do tego zostały stworzone. Można co najwyżej próbować pozbawić tekst asercji, ale zabieg ten, nieustannie ponawiany w metafikcyjnej literaturze, zawsze kończy się niepowodzeniem. Ktokolwiek powie, że coś jest, opatruje już tekst kwalifikatorem prawdziwości.

 

Dla narratora realizm stanowi moment, w którym staremu hochsztaplerowi trafia się posada bankiera. W wyrabianym przezeń tekście depozyt zaczynają składać osoby powszechnie szanowane, kupiec bławatny Wokulski, Rastignac, Emma Bovary, Anna Karenina. W obiegu znajduje się uczciwa, prawdziwa fikcja, powoli tworzą się podwaliny umowy społecznej, która zezwala na obrót papierami sygnowanymi przez powszechnie uznaną instytucję, jaką jest ogół, a narrator żyje z procentów. Popłaca nie złoto milczenia, ani srebro mowy, ale drukowanie stosów trudnych do podrobienia kartek z wprasowaną nitką zdań orzekających prawdę o świecie. Realność dostaje część udziałów w interesie. Gloria. Ostatnie chwile zbiorowej wiary w to, że matryca może produkować oryginał.

Na nieszczęście dla wszechwiedzących narratorów, nowoczesny świat przestaje być czytelny. Nieaktualne encyklopedie butwieją w domowych biblioteczkach, zapisywane skrupulatnie historie zaczynają żyć na własny rachunek, z którego, z braku środków wyrazu rzeczywistości, nie da się wiarygodnie podjąć żadnego z dawnych wątków. Wojny i wielkie kryzysy zaufania nieuchronnie przyspieszają dewaluację tekstu, ale nikt nie ma dość siły, aby całkowicie wycofać go z obiegu. Konieczność dodrukowywania kolejnych kartek w poszukiwaniu utraconej wartości powołuje na świat Fałszerzy.

Tekst Fałszerzy przypomina wstęgę Möbiusa. Zawodzi tu rozróżnienie na płaszczyznę narracji i płaszczyznę opowiadania. Tekst splata je w jedną całość i pozbawia tym samym swego rodzaju znaków wodnych, jak fałszywy banknot. Fałszerze są zatem tekstem po denominacji, ale niemożliwym do wycofania z obiegu, gdyż, paradoksalnie, – nie ma już innych tekstów. Najwyższa wartość nowoczesnego tekstu zdeponowana jest w zdaniach, o których powiemy, że są jak prawdziwe. Ich fałszowaną każdorazowo prawdę weźmiemy za dobrą monetę.

Fałszerstwo ujawnia więc wstydliwą prawdę: papier prawdziwego i podrobionego banknotu powieści palony jest tym samym pragnieniem przypisania sobie nie posiadanej nigdy wartości. Umowność obiegu wyklucza jakąkolwiek kontrolę, pozwalając różnym tekstom funkcjonować na tych samych prawach depozytariusza prawdy i wykonawcy ostatniej woli podmiotu czynności twórczych.

Powieść nowoczesna niekiedy zdegustowana jest faktem, ze nie da się wyłączyć/ wykluczyć referencji. Że nawet metaliterackie znaki ostrzegawcze nie podkreślają na czerwono fikcyjnych partii tekstu, być może dlatego, ze tekst fikcji nie zawiera w sobie żadnych znaków dystynktywnych, jest napisany w ten sam sposób, za pomocą tej samej czcionki, z wyczuwalnym podobieństwem powieściowej dykcji tak w partiach narracyjnych, tak w partiach fabularnych. Że ujawnienie fałszerstwa ostatecznie nakazuje wycofać z obiegu nie pojęcie fikcji, ale prawdy, zwątpić nie w wartość falsyfikatu, ale w istnienie oryginału.

Powieść milknie – w pół słowa, gdyż wychodzi na jaw doskonałe fałszerstwo, jakiego sama pada ofiarą, kiedy nieuczciwy narrator doprowadza do bankructwa dawnych wierzycieli. Na stronie coraz głośniej mówi się o nierozstrzygalności tekstu, której trzeba się poddać, której nie można nie ulec.

Jesteś tym, który pisze i który jest pisany.”

Wystarczy teraz, że podrzucę sobie tę kartkę, żeby za chwilę znaleźć ją na chodniku, na kawiarnianym stole, w trawie, już na niej nadrukowana, napisana, jak się jej przyglądam, wygładzam zadarte brzegi, oglądam pod światło jak przypadkowo wyprany banknot, oglądam pod kątem ocalałej wartości, oglądam pod presją systemu papierów wartościowych, jak dokonuję błyskawicznej wyceny, tak, aby rozpoznać ewentualny nominał i ustalić obowiązujący kurs wymiany na sens…………………………………………………………………………………………