Monologia. Wy-powiedzenie kobiecości

Monologia. Wy-powiedzenie kobiecości

_________________________________________

Kiedy, przy niechętnej asekuracji sprzętu literaturystycznego, wyruszam na poszukiwanie tekstowej kobiecości, okazuje się, że kobieta wydarza się na wiele literackich sposobów, podejrzanie prywatnych i fikcyjnych zarazem. A ty jesteś egipska królowa/ jak miód słodka i mądra jak sowa/ a ja jestem dla Ciebie jak światło. Wszystko, co określa , jest cudze, nie należące – do niej, nie należące – się jej. Możliwości działania sprowadzają się do lawirowania między znakami z napisem takie kobiece, zaś ruch ku znaczeniu odbywa się, niezgodnie z prawami fizyki, po stronie biernej.

Kobieta opisywana robi ściśle określone rzeczy. Jest cały słownik, który dostała od kultury w posagu. Są tam sukienki i spódniczki, zmysłowa bielizna, egzaltacja i koronkowe chusteczki, wzruszająca codzienność drobnej przepierki. Rozpaczliwe wzywanie domowych posiłków. Rajstopy grube i ze szwem. Jedwab, nylon, bawełna. Flanela i barchan. Ażurowe wspomnienia. Przepisy kulinarne. Żurek na zakwasie. Pończochy. Żylaki. Wysokie obcasy. Hiszpański bucik. Torcik hiszpański. Gwarantowane konstytucją pozycje w zawodowej kamasutrze. Udawana satysfakcja. Wyuczony zawód miłosny. Kuchenna zazdrostka. Miłostka sypialniana. Łzy szczęścia. Urządzanie domu. Izba porodowa, izba czeladna, salon. Podwyższona ciepłota ciała w czasie owulacji. W tubylczym języku przydziałowa końcówka gramatyczna „-a”. Sopran. Alt. Chrypka niższych aspiracji. Wyzywające zachowanie. Czułostkowość. Zmienne nastroje. Słabość do zdrobnień. Mydlenie oczu. Tuszowanie rzęs. Łatanie budżetu. Nienaganna figura retoryczna. Honorowe miejsce przy toaletce kultury i sztuki.

Kiedy tekst buduje historię kobiecą, chce, ażeby, jak wszystkie inne, trwała w pamięci. Architektura tekstu musi być więc solidna, podwaliny historii wsparte na prawdzie o kobiecie. Dziewczynka z Zapałkami zagląda przez okno do historii możliwych, cicha i pokornego serca. Ten i ów całuje ją w rękę: szacunek dla fabuły wyklucza jakiekolwiek zmiany. Wszystko identycznie trwałe jak numer telefonu na pudełku

Nawet jeśli kobieta próbuje wymusić wierność opisu, wciąż posłuszna jest słownikowi. I tak, w walce o kobiecość, towar promowany na rynku, odważna do bólu narracja upomina się o rodzaj żeński. Sprawa jest głośna, wpisano ją na publiczną wokandę, toczy się w sądach moralnych i estetycznych, jak wszystkie historie – niespiesznie, jak wszystkie obracane w ustach słowa – okrągła, niby niezapomniane pierwsze jabłko, padające niedaleko od drzewa poznania. Wyrokiem losu Wielki Brat oddaje połowę słownika Wielkiej Siostrze. Jednak ciągle mieszkają razem.

Kobieta, która chce wykorzystać tekst dla siebie, robi to zupełnie inaczej. Używa narracji, żeby oddzielić się od opowiadanej historii. Prawdziwie kobieca historia jest nauką niepamiętania. Wy-powiedzeniem, które daje się niechcianym wspomnieniom. Wy-powiedzeniem fikcji. Rzeczy, zdarzenia, całe kawałki świata, w miarę jak nabierają słów w usta, odchodzą w niepamięć, ulotne jak język, niewłaściwe, nie takie same – jak to, co jest. Tekst wydaje się na pastwę losu w miejsce kobiety, która może spokojnie odejść, lekka i wolna od historii. W tekście pozostają bełkotliwe, niestaranne prawdy. Chropowata obsesyjność języka nie pozwala się w nim rozgościć. Jeśli język jest pamięcią, to monologie wy-powiadane, dalekie krewne monologu wypowiedzianego, są próbą zatrzymania tego, co poprzez język pamięta się samo, próbą zatrzymania muzycznej fali falsyfikacji, odwrócenia jej przeciwko niej samej.

Takie jest Przegryźć dżdżownicę Katarzyny Grocholi, takie jest Paris – London – Dachau Agnieszki Drotkiewicz, taki jest mój własny Dziennik frazeologiczny. Swą wirtuozerską realizację monologia znajduje w Pianistce Elfriede Jelinek.

Żeby przerwać samoopowiadającą się historię, kobieta kładzie się w poprzek słów, które były tu wcześniej od niej i żądają posłuszeństwa. Umyka przed stałymi związkami frazeologicznymi, w których jest taka kobieca. Środowisko nie jest neutralne. Gramatycznie kobiecy tekst, niczym papierek lakmusowy, wykazuje istnienie obowiązujących zasad. Tu wszystko jest reglamentowane, także opowiadana historia. Suum cuique. Trzeba być niesłychanie ostrożnym, kobietę zdradza nawet imię. To bowiem raczej przezwisko: decyduje o tym, jak zostanie przyjęta w świecie, wróży rozpoznanie. Jedyne, co pozostaje kobiecie, to emigracja z języka, ucieczka od systemu nerwowego. Nacięcie żyletką blizny po Odyseuszu.

Monologia zakłóca budowanie pamięci, jest implozją języka. Podkłada doń lubiany w towarzystwie ładunek kobiecości po to, by zdetonować dyskurs. Kobiecość opresyjna wyrzuca z siebie historię. Liryka zwrotu do adresata jest tutaj liryką zwrotu do nadawcy, liryką nie doręczoną nigdy. Długie listy nazwisk, raporty z oblężonej świadomości, notatki na skraju załamania nerwowego pochłania niszczarka monologii.

Boska afazja dyskursu. Zemsta ręki kobiecej.

Słychać arogancki stukot obcasów, szuranie zniszczonych pantofli, skromną orkiestrację zamierającej buty. Nikt nie powiedział, że powrót z odwiecznej wojny płci będzie triumfalny. Żadnych zmian na mapie świata. Zabiegu usunięcia brzemiennej w skutki opowieści nie widać przecież.

 

 

 

 

Fałszerze powieści

Fałszerze powieści

…………………………………………………………………………………………………………………

………….. a jeśli nagle, na środku chodnika, na kawiarnianym stole, w trawie znajdę zadrukowaną kartkę, którą ktoś porzucił? Co z nią zrobię? Albo może: jakie obowiązywały mnie będą procedury postępowania? Czy nie trzeba najpierw dobrze jej się przyjrzeć? Wygładzić zadarte brzegi, obejrzeć pod światło, jak przypadkowo wyprany banknot, obejrzeć pod kątem ocalałej wartości, obejrzeć pod presją systemu papierów wartościowych? Czy nie należy dokonać błyskawicznej wyceny? Tak, aby rozpoznać ewentualny nominał i ustalić obowiązujący kurs wymiany na sens?

Komunikacja międzyludzka tworzy słowa, by zdeponować w nich wartość, czyli prawdę o sobie i świecie. Używa słów, by móc wymieniać się tą wartością, przenosić ją na większe odległości, przestrzenne i czasowe.

Tekst literacki pozwala wartość zazdrośnie kumulować, wykorzystuje wszakże słowo pochodzące z komunikacji pragmatycznej do własnych celów, do prawdziwego zmyślenia. Nigdy ten paradoks nie uderzał bardziej. Prawdziwe zmyślenie. Historia, która nie miała miejsca, a zatem ani też czasu, ani bohatera, ale jednak przebiegła – przez naszą myśl, kiedyśmy ją czytali. Słowa sugerują prawdę. Nie potrafią inaczej. Do tego zostały stworzone. Można co najwyżej próbować pozbawić tekst asercji, ale zabieg ten, nieustannie ponawiany w metafikcyjnej literaturze, zawsze kończy się niepowodzeniem. Ktokolwiek powie, że coś jest, opatruje już tekst kwalifikatorem prawdziwości.

 

Dla narratora realizm stanowi moment, w którym staremu hochsztaplerowi trafia się posada bankiera. W wyrabianym przezeń tekście depozyt zaczynają składać osoby powszechnie szanowane, kupiec bławatny Wokulski, Rastignac, Emma Bovary, Anna Karenina. W obiegu znajduje się uczciwa, prawdziwa fikcja, powoli tworzą się podwaliny umowy społecznej, która zezwala na obrót papierami sygnowanymi przez powszechnie uznaną instytucję, jaką jest ogół, a narrator żyje z procentów. Popłaca nie złoto milczenia, ani srebro mowy, ale drukowanie stosów trudnych do podrobienia kartek z wprasowaną nitką zdań orzekających prawdę o świecie. Realność dostaje część udziałów w interesie. Gloria. Ostatnie chwile zbiorowej wiary w to, że matryca może produkować oryginał.

Na nieszczęście dla wszechwiedzących narratorów, nowoczesny świat przestaje być czytelny. Nieaktualne encyklopedie butwieją w domowych biblioteczkach, zapisywane skrupulatnie historie zaczynają żyć na własny rachunek, z którego, z braku środków wyrazu rzeczywistości, nie da się wiarygodnie podjąć żadnego z dawnych wątków. Wojny i wielkie kryzysy zaufania nieuchronnie przyspieszają dewaluację tekstu, ale nikt nie ma dość siły, aby całkowicie wycofać go z obiegu. Konieczność dodrukowywania kolejnych kartek w poszukiwaniu utraconej wartości powołuje na świat Fałszerzy.

Tekst Fałszerzy przypomina wstęgę Möbiusa. Zawodzi tu rozróżnienie na płaszczyznę narracji i płaszczyznę opowiadania. Tekst splata je w jedną całość i pozbawia tym samym swego rodzaju znaków wodnych, jak fałszywy banknot. Fałszerze są zatem tekstem po denominacji, ale niemożliwym do wycofania z obiegu, gdyż, paradoksalnie, – nie ma już innych tekstów. Najwyższa wartość nowoczesnego tekstu zdeponowana jest w zdaniach, o których powiemy, że są jak prawdziwe. Ich fałszowaną każdorazowo prawdę weźmiemy za dobrą monetę.

Fałszerstwo ujawnia więc wstydliwą prawdę: papier prawdziwego i podrobionego banknotu powieści palony jest tym samym pragnieniem przypisania sobie nie posiadanej nigdy wartości. Umowność obiegu wyklucza jakąkolwiek kontrolę, pozwalając różnym tekstom funkcjonować na tych samych prawach depozytariusza prawdy i wykonawcy ostatniej woli podmiotu czynności twórczych.

Powieść nowoczesna niekiedy zdegustowana jest faktem, ze nie da się wyłączyć/ wykluczyć referencji. Że nawet metaliterackie znaki ostrzegawcze nie podkreślają na czerwono fikcyjnych partii tekstu, być może dlatego, ze tekst fikcji nie zawiera w sobie żadnych znaków dystynktywnych, jest napisany w ten sam sposób, za pomocą tej samej czcionki, z wyczuwalnym podobieństwem powieściowej dykcji tak w partiach narracyjnych, tak w partiach fabularnych. Że ujawnienie fałszerstwa ostatecznie nakazuje wycofać z obiegu nie pojęcie fikcji, ale prawdy, zwątpić nie w wartość falsyfikatu, ale w istnienie oryginału.

Powieść milknie – w pół słowa, gdyż wychodzi na jaw doskonałe fałszerstwo, jakiego sama pada ofiarą, kiedy nieuczciwy narrator doprowadza do bankructwa dawnych wierzycieli. Na stronie coraz głośniej mówi się o nierozstrzygalności tekstu, której trzeba się poddać, której nie można nie ulec.

Jesteś tym, który pisze i który jest pisany.”

Wystarczy teraz, że podrzucę sobie tę kartkę, żeby za chwilę znaleźć ją na chodniku, na kawiarnianym stole, w trawie, już na niej nadrukowana, napisana, jak się jej przyglądam, wygładzam zadarte brzegi, oglądam pod światło jak przypadkowo wyprany banknot, oglądam pod kątem ocalałej wartości, oglądam pod presją systemu papierów wartościowych, jak dokonuję błyskawicznej wyceny, tak, aby rozpoznać ewentualny nominał i ustalić obowiązujący kurs wymiany na sens…………………………………………………………………………………………

Last Minute: Dekalkomania

Last Minute: Dekalkomania

Co zrobiłaby obca cywilizacja, gdyby jedyny ślad człowieka zachował się na kartce wydartej z książki? I co, jeśli byliby to Fałszerze Gide’a, a co, jeśli Niewiedza Kundery? Gdyby ktoś postanowił (napisałam „ktoś” i pismo już nieubłaganie generuje antropomorficzny kształt przedstawiciela obcej cywilizacji), a zatem, gdyby ktoś postanowił odtworzyć na podstawie fragmentu literatury – postać człowieka, czy przedsięwzięcie to uwieńczone zostałoby sukcesem? Pytanie nie jest błazeńskie, a perspektywa – przypadkowa. Zapiszę moją prywatną wątpliwość w wersji nieco bardziej wysublimowanej: czy tekst przechowuje ludzkie DNA? Nie, kartka byłaby sterylnie czysta, żadnych odcisków czytelniczych palców, żadnej pociemniałej kropelki krwi; niestety, wyłącznie pismo. Rzecz oczywista, że w tekście można znaleźć ślad jakiejś, choćby i gramatycznej, osobowości. I w naszym barbarzyńskim języku oznaczać to może Imię, zaimek osobowy, wiek, kolor oczu, włosów, wzrost, pospieszne przebieganie w czasie wydarzeń dzięki koniugacji, archeologię wspomnień, potoki słów, strumienie świadomości i temu podobne informacje. Trochę tzw. indywidualizujących różnic w nieuchronnych powtórzeniach; walka o oryginalne podretuszowanie kolejnej kopii z matrycy homo scriptus.

Zerkam wszakże bezczelnie na kartkę wydartą zagładzie. Widnieje na niej fragment Fałszerzy: „Edward drzemie i myśli jego niepostrzeżenie przybierają inny kierunek. Pyta siebie, czy poznałby z pisma Laury, że ma ona czarne włosy?”. Rozbawiona lubianą przez Czytelników koincydencją, powtarzam pytanie. Czy poznałabym z pisma Laury, że ma ona czarne włosy? Oczywiście, wobec tak postawionego pytania nie mogłaby mieć innych.

Wyobrażam sobie jednak (antropomorfizując nieświadomie) zakłopotanie przedstawiciela obcej cywilizacji. Leży przed nim pokryta czarnymi znaczkami kartka. Ten Obcy nie wie, czy poznałby z pisma Laury, że ma ona czarne włosy; pytanie w moim barbarzyńskim języku nie zostaje zadane. Atawistyczne oparcie w literaturze science-fiction nakazywałoby w tym momencie zasugerować, że obca inteligencja, wsparta potężnym komputerem, z pewnością przetłumaczyłaby tekst na tubylczy język. Ale czy taka wersja wydarzeń jest uprawomocniona? Skąd, u licha, przekonanie, że obce cywilizacje również posługują się językiem/ pismem? Inny język, inny kolor skóry, inna ilość oczu, rąk.. Odmienne realizacje tego samego projektu. Czy pojęcie różnicy mogłoby w ogóle funkcjonować bez oparcia w pojęciu podobieństwa?

Zresztą, jakie znaczenie ma pytanie o kolor włosów, jeśli zgasła cała paleta? Czym jest np. 168 cm wzrostu Laury*, jeśli wzorzec metra w S?vres rozpadł się w pył wraz z całą ludzką cywilizacją? Czymże Laura z Fałszerzy miałaby się różnić od lauru? A czym od Józefa z Niewiedzy? Gdzie jest S?vres, w którym ukryto wzorzec znaczenia pisma? Również rozpadło się w pył? Pytanie to ciągle krąży wobec proklamowanej (w tekstach) autonomii tekstu. Co ze starą umową, po obu stronach Litery stawiającą ludzi, którzy, nieudolnie, przechowują w sobie pamięć o znaczeniu pisma, (a może w pamięci o znaczeniu pisma – przechowują siebie?)

Spośród nowych wątpliwości wybieram tylko jedną. Czy unicestwienie naszej rzeczywistości zatrzymałoby nieustanną grę w znaczenie, jaką uprawia pismo? Nie, nie dlatego, że tekst MUSI być intarsjowany swymi mrocznymi przedmiotami prze-znaczania; te, w naiwnie obrazkowej formie, pomijając średniowieczne iluminacje i rysunki ukoszmarniające książki dla dzieci – rzadko towarzyszą Literze. W miarę rozwoju, sublimacji nośników znaczenia, czyli słów, w miarę, jak pismo samo uczy się siebie – na pamięć, rezygnuje z towarzystwa oznaczanych rzeczy. Żeby przywołać Foucoulta, zwycięża wyższość przypominania wznosząca się ponad pojedynczą asercję podobieństw. Pismo wspiera się jedynie na słowach, które doskonale radzą sobie bez przedmiotu odniesienia. Beztrosko uderzają o siebie pod naciskiem wzroku, wytwarzając znaczenie, choćby pozbawione sensu. Ale właśnie tam czai się właściwy wymiar katastrofy, jaka spotkałaby osieroconą stronicę książki. Anihilacja rzeczywistości oznaczałaby pozbawienie tekstu Mnie, Czytelniczki, troskliwie podwiązującej wątłe ślady czcionki nitką opowieści, pozwalającej postaciom zachować twarz w najbardziej nawet krępujących związkach frazeologicznych.

Jasno widzę teraz w niecnych poczynaniach tekstu co najmniej dwie próby oszustwa: Pismo podszywa się pod kaligram, a my wcale nie czujemy go nosem. Tekst udaje przecież, że jego słowa układają się w kształt człowieka, że zawiera wyrazy – twarzy. Wystarczy porównać twarz w lustrze z zapisanym na kartce słowem TWARZ, żeby domyślić się, że jest to pewne nadużycie. Różnica druga: tekst udaje, że jest wyczerpujący, a ja co najwyżej bywam wyczerpana. Tekst wszakże nie ustaje w wysiłkach, podejmuje grę słów, obiecuje, że w pęknięciu między przymiotnikiem a rzeczownikiem schował resztę tekstu, że jest całością, wierną wobec oryginału. Gra słów nie może być fair play. Należałoby przeprowadzić dochodzenie w sprawie domniemanego posiadania całości sensu. Po cichu oskarżam więc tekst o to, że wykorzystuje wobec mnie strategię reader digest: jego skromna zawartość skrzętnie ukrywa, że jest jedynie streszczeniem tekstu rzeczywistości. Jak możliwa jest wszakże ta, urocza skądinąd, wiara w człekopodobieństwo Słowa?

A może jedyna rzeczywistość jaką znamy, jest rzeczywistością pisaną? Rzeczywistością przez „rz”? Od wczesnych lat dziecinnych posyła się nas na warsztaty translatologiczne, abyśmy nabrali biegłości w tłumaczeniu świata na słowa, a w istocie zajęcia te uczą wytwarzania świata na własny użytek. Nagle zamieszkujemy w języku. Zakorzeniamy się w nim, niechętnie zeń emigrujemy; próbujemy skroić go na swoją miarę. Pieczołowicie stwarzamy idiom siebie. Mówimy się na tyle często, by nie poczuć, że słowo, które staje się ciałem, wcale go nie nabiera, że język i rzeczywistość stoją wobec siebie w pozycji dysjunkcji. Duo, cum dixunt idem, non est idem. Każdy opowiada własną rzeczywistość; tylko nieliczni wiedzą, ze to jedynie narracja, gromadzona, nawarstwiająca się w czasie kolekcja słów, których wypowiadany porządek nie może być zbieżny z porządkiem życia. Gombrowicz rzucił gdzieś, na marginesie którejś swojej strony, ze konsekwentny filozof egzystencjalny powinien milczeć. Drobna wskazówka, o niebagatelnym znaczeniu: mówienie o egzystencji nie jest egzystencją. Mówiący natychmiast zostaje zaaresztowany przez język: wszystko, co powie, może się obrócić przeciwko niemu, bo to, co powiedziane, nigdy nie będzie – nim. Problem w tym, że nie można milczeć. Międzyludzkie jest międzytekstowym. Przystaliśmy na umowę wypowiadania wobec siebie i innych naszego życia w języku, umowę na piśmie, chociaż zarówno akty urodzenia, jak i akty mowy, skrzętnie zbierane przez gorliwego Kancelistę, szybko blakną wśród wielu innych stron życia.

Zakłopotany przedstawiciel obcej cywilizacji (który napisany w moim barbarzyńskim języku coraz mniej różni się ode mnie nieuchronnie osobową formą) wciąż próbuje spełnić ostatnią prośbę znalezionego tekstu: uczynić z nim to, do czego tekst został prze-znaczony. Cokolwiek to jest. Nie oburzę się, jeśli się pomyli. Nie przetrwałam, żeby powiedzieć, jak się uruchamia pismo. Jak odczytuje się w nim charakter postaci. Widzę już, co się dzieje. Przedstawiciel obcej cywilizacji pokazuje znalezisko współplemieńcom. To jedyna znaleziona forma życia, mówi, pokazując kartkę.

 * Pytanie o rzeczywisty wzrost Laury pozostawiam otwarte.

Sen: zapis automatyczny

Sen: zapis automatyczny

Nagle jakoś ważne staje się: przyznać się do samej siebie.

Znalazłam swój sen. Z 8 stycznia. Jeden z tych nielicznych przypadków, kiedy zdążyłam go sobie zapisać. I aż się zachłysnęłam, czytając, bo wróciła mi pamięć i widzę, pamiętam siebie w tym śnie, pamiętam zmiany, swój bezwład i szaloną jazdę korytarzem, plamy z buraczków, resoraki jak lentilki w błocie, bezbrzeżnie szeroką panoramę na koniec i uczucie ulgi, największe.

—————————————————————————————————————————–

Masa sprzątania na kolanach
Samochodziki papiery śmieci
Szłam zrobić kawę
Wszystkim
Chciało mi sie kochać
Cieszyłam się z chłopaka którego miałam
Mieliśmy się kochać
Wcześniej impreza
Duża
Niesamowita dziewczynka bardzo miła trochę chora i kot pies który mnie popychał nosem do przodu po podłodze
I na wsi to było i siostra i nie mogłam wyjść jej pożegnać bo miałam za ciasną koszulkę nocną a chciałam się szybko przebrać ale zdążyłam
I trochę szpital bo dziewczynka tam była
I ta impreza była w czymś co było na wsi i szpitalem

A wcześniej jakiś zamek chyba i wielka impreza

Ogólne poczucie uczestnictwa w wielkiej imprezie
Konieczności sprzątania wielkiego bałaganu
Radość z posprzątania i widok prawie pustej czystej sali
Rzeczy poskładane
Zostały 3 małe plamki bałaganu z buraczków
A bałagan był ogromny taki że to był nieprzejezdny teren i wszyscy utknęli bo między prawdziwymi samochodami powtykano masę małych resoraków i utknęły w błocie w cukrze a wystarczyło je pozbierać i nagle wyczyściło się wszystko prawie

 

fot: Logan by Oli McAvoy 2012

Wydobycie głosu, dotyku, działania

Wydobycie głosu, dotyku, działania

Od początku roku występuję w ilościach wybitnie śladowych. Wydobywam starannie: głos, dotyk, działanie, każdy okruch. Rudy justynianu :-). Wiem, że solidne złoża są już blisko, ostatnio prawie przebiłam się do pokładów miłości, takiej nieuwarunkowanej i nieukierunkowanej, którą odczuwa się jako niezwykle silną i dobrą energię wewnętrzną, a nie tęsknotę czy stratę.

Rozpracowuję swój problem, i ta kopalnia będzie do zalania: od lat jestem uzależniona od smutku, bo daje mi emocje równie silne jak miłość.

Ale co z tego, że od dłuższego czasu znam swoje problemy, wiem, jak mają na imię, jeśli nie mogłam tak po prostu napisać sobie zmiany. Czułam to coraz dobitniej: przez ostatnie tygodnie nie pasowały do mnie żadne słowa. Nie mogłam się nimi najeść, nic nie powodowały, niczego nie uruchamiały, nie napędzały do kolejnych działań. Nie były mną ani moim życiem.

Kilkanaście dni temu za radą Przyjaciółki przestawiłam się na rzeczy robione rękami, nie głową. Jest ich ciągle mało i są bardzo proste, ale zaczęłam je robić, jaki odpoczynek! I jaka energia, robienie rękami to jest dopiero energia!

Rozpoznanie zatem nic się nie zmieniło: zaistnieć może tylko to, co zrobię. Więc robię, nie tylko myślę o robieniu. Podejmuję decyzje i wyzwania, nie tylko myślę o ich podjęciu. Działam, dokładam starań. Żeby dodać sobie animuszu, zabieram się za zupełnie nowe rzeczy, żeby poczuć chociażby drobną ekscytację, a nie uporczywość powtarzalnej codzienności, daję sobie z czymś radę, oglądam zrobione. Zachęcam samą siebie, żeby zrobić kolejne, bo już pamiętam, co się wtedy czuje: radość. Bardzo w brzuchu. Napędzam dynamo, żeby świecić własnym światłem i wzmacniam delikatną strefę swoich wpływów. Stała opieka nad sobą.

Taki styczeń, ptasio lekkie ślady na śniegu, bez brnięcia, zaznaczam drobne punkty linią, żeby zmienić wzór, w jaki samą siebie układam.

 

 

 

 

Obraz: Wilhelm Sasnal, Wokalistka