Parafarmaceutyki kultury

Parafarmaceutyki kultury

 

  1. Zbrodnia z postmedytacją.

[Prosimy, aby podejrzany zostawił wyraźny odcisk palca na gromadzonych przez nas dowodach.]

Paranoiczne pragnienie bezpieczeństwa, jakie funduje współczesną kulturę, wymaga starannej pielęgnacji zbiorowych fobii. I o ile prywatne koszmary senne są ćwiczeniami umysłu, suchą zaprawą do walki z zagrożeniami, symulacją prywatnej defensywy przed przypadkowym wrogiem, dywanowym nalotem osobniczych lęków, to kryminały stały się kulturowym poligonem strachu, terytorium, na którym jednostka testuje dostępne sposoby odzyskiwania poczucia bezpieczeństwa za pomocą kontrolowanego przerażenia.

Nie ma innej płaszczyzny konfrontacji własnych lęków z średnią krajową. Po to się pisze i po to się czyta kryminały, po to śledzi się kroniki policyjne i wydania wiadomości. Dlatego kondycja literacka rodzimego kryminału jest kwestią mniej istotną. Bardziej interesujące jest natomiast to, co wydarza się w rodzimych księgarniach i innych punktach animowania kultury. Nie bez znaczenia są listy bestsellerów, dzięki którym sprzedaż literatury nie ustępuje wcale sprzedaży preparatów z żeń-szenia. Najchętniej kupowane są kryminały i powieści sensacyjne, horrory i sagi o wampirach; popularne symulatory zagrożeń. To dowód na to, że policja kulturowa prowadzi najobszerniejszą kartotekę fobii i odchyleń, na podstawie której jesteśmy w stanie zrekonstruować własne wyobrażenie o normie – czyli bezpieczeństwie.

Silna potrzeba poznania przyczyn naszego strachu, który współcześnie przybrał nieokreśloną, utajoną formę, pozwala demokratycznie bić rekordy popularności książkom Krajewskiego, Marininej czy Larssona. W uważnej lekturze ich kryminałów powinna pojawić się pewna charakterystyczna poszlaka. Zabrzmi to jak nic nowego, powinien jednakże wzbudzić naszą czujność dziwnie odwrócony porządek rzeczy, który Gombrowicz genialnie zapowiedział we wczesnym opowiadaniu „Zbrodnia z premedytacją”. Jest tyle gotowych tropów i śladów, tyle kodeksów i granic do przekroczenia, że brakuje tylko zbrodni, żeby mogły się potwierdzić nasze podejrzenia i ogólne przeczucie katastrofy. Ową brakującą zbrodnię godzi się dla nas popełnić literatura. Powieści kryminalne realizują bowiem wypracowany przez kulturę schemat zbrodni z postmedytacją – są ślady i okoliczności, trzeba dopełnić dzieła i uzupełnić wyłaniający się wzór. Uczestnik kultury ma zbyt wiele dowodów na to, że świat jest zły. Żyjemy w stadium nieustannego przekonania o tym, że jesteśmy śledzeni, prześladowani, że czyhają na nas niebezpieczeństwa i przestępcy, brakuje nam tylko czasu i umiejętności, żeby przyłapać ich na gorącym uczynku. Powieści realizują za nas nasze małe tęsknoty i wzniosłe marzenia o ujawnionej zbrodni i nie marnującej się nareszcie karze. Bylibyśmy przecież takimi świetnymi ofiarami. Brakuje tylko przemocy i sprawcy. Intuicja Gombrowicza, błazeńsko genialna, spełnia się w panice naszej kultury. Istnieje niewyczerpane zapotrzebowanie na zbrodnię, która uzasadniłaby istnienie tylu dowodów. Gdyby nie powieściopisarze, Bogusław Wołoszański i gazeta.pl, żylibyśmy w chaosie nieuporządowanych materiałów dowodowych, nieprzyporządkowanych nikomu i niczemu. Potrzebujemy, inaczej niż w czasach wielkich tragików, zbrodni zastępczych, które nie uczyłyby nas jak żyć i nie dawały się nijak rozwiązać jako alegorie tragicznego losu. Kultura przerzuciła się na handel bardziej detaliczny, dowody nie mogą pozostać rozmyte, a ślady niejasne, głód konkretnych nazwisk nasycić mogą tylko bezprecedensowe demaskacje i ujawnienia; Antygona powinna mieć teczkę w IPN. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszyscy jesteśmy uczestnikami globalnego projektu kultury policyjnej, kartotekowej manii. Musimy dać się wystraszyć, malutcy spadkobiercy dziecinnego przerażenia bajką o Jasiu i Małgosi, musimy poczuć to znowu, żeby powróciło całe to bezpieczeństwo, którego nie da się odzyskać bez uczucia strachu. Powieść trzyma się tutaj mocno, wcale nie anachroniczna jako środek przekazu, bo jak nikt umie fabrykować dowody zbrodni i protokołować wszelkie wykroczenia poza literę prawa.

„Potwór i panna” Juliana Rebesa, seria kryminałów Marininej z niedawno przetłumaczonym na polski tomem „Płotki giną pierwsze”, kryminały Świetlickiego i Krajewskiego, trylogia Stiega Larssona, w której Polska zaczytywała się w ubiegłym roku, to w ogromnym stopniu opowieści o naszym byciu w kulturze, o zapleczu, w jakie jest wyposażona. A pamiętajmy, nie mówimy tutaj o kulturze wartości, ale o kulturze kodeksu karnego. To, że powieść sensacyjna współcześnie tak silnie nasyca nasze pragnienie obecności i skuteczności, nie jest przypadkowe. Nawet my, w naszym polskawym tu i teraz, niegdysiejsi smarkacze demokracji, która topornie uczyła nas strachu przed bliźnimi w programie „997”, potrzebujemy stałego uczestnictwa w projekcie kontrolowania świata. Na zawsze już uzależnieni od obrazu świata jako wielkiego spisku, koneserzy chwytania zbrodni na gorąco, musimy szukać sobie w księgarniach nowych zeszytów ćwiczeń. Poczucie bezpieczeństwa musi zostać poprzedzone poprzez kontrolowane zagrożenie, nie mamy innego źródła siły, oparcia, narzędzia kontroli lęków i fobii. Na szczęście kultura wyrozumiale oferuje nam ogólnie dostępne poligony strachu.

 

  1. Kryminał czyli zarządzanie strachem

[Wszyscy chcieliby odzyskać kontrolę nad własnymi lękami. Zarządzanie strachem to nowa forma władzy.]

Walory literackie w powieści kryminalnej schodzą najczęściej na plan dalszy; dostępne w polskich księgarniach kryminały mają wspólną, ważną funkcję: zaspokajać naszą kulturową potrzebę bezpieczeństwa poprzez jedną i tę samą profilaktykę lęków. Taka nieobowiązkowa fluoryzacja fobii społecznych. A wszystko to na skromnej trzystustronnicowej przestrzeni powieści. To nie przypadek. Z jakichś przyczyn literatura proponuje złaknionym powieściowej prawdy już nie prowadzony fachową ręką skalpel realizmu, ale witaminy i sole mineralne konwencji kryminalnej do profilaktycznego zażywania.

Współistnienie na jednej półce księgarskiej i niemalejąca popularność wielu różnych odmian gatunkowych kryminału opiera się na bardzo nieliterackim paradoksie. Żeby uczestnik kultury mógł posiadać poczucie bezpieczeństwa, potrzebuje stałego napływu zagrożeń. W tym sensie półki z szeroko pojętą literaturą sensacyjną pozwalają narodowi zdrowo odżywiać się zbiorowymi fobiami i odbywać konieczną stałą terapię lękową. Warto jednak zapytać, o jakie bezpieczeństwo właściwie chodzi.

Oto szczególna sytuacja: nieudolne państwa, które nie potrafią zapewnić społeczeństwu bezpieczeństwa socjalnego, oferują atrakcyjny pakiet działań na rzecz bezpieczeństwa osobistego i narodowego. Obywatel może nie dostanie wysokiej emerytury, ale za to funkcjonariusze obronią go przed włamywaczem, mordercą i terrorystą. Jeśli tak, to wojny wszczyna się aby odwrócić uwagę od kiepskiego stanu ubezpieczeń zdrowotnych, a widowiskowych ujęć przestępców dokonuje się po to, aby stworzyć możliwie wiarygodną płaszczyznę, na której państwo może łatwo dowieść swojej skuteczności i co więcej, obronić własną rację bytu. Na tego rodzaju możliwość manipulacji obrazem bezpieczeństwa wskazuje m.in. Zygmunt Bauman, kiedy dokonuje wyrazistego rozróżnienia w oparciu o dwa angielskiego słowa oznaczające dwie różne odmiany bezpieczeństwa, security i safety:

 

„Security dotyczy relacji społecznych – tego, co się w Polsce nazywa bezpieczeństwem socjalnym – jak stałość zarobków, wolność od biedy, dach nad głową, nadzieja na spokojną starość. A safety dotyczy głównie integralności cielesnej – pewności, że mnie nie otrują jedzeniem albo wodą z kranu, że mnie nie okradną albo nie napadną, że mnie nie zastrzelą, że nie porwą mi dzieci, że nie wysadzą w powietrze… W tę stronę współczesne państwo coraz częściej kieruje uwagę swych obywateli. Nie mogąc obiecać obywatelom security i społeczeństwa, w którym poczują się secure, władza coraz więcej mówi o zagrożeniu safety.”[1]

 

Literatura kryminalna i sensacyjna zatem, i to nie tylko political fiction, od lat jest mniej lub bardziej świadomie na usługach systemu, pomaga mu w skutecznej produkcji obrazów zagrożeń i gwarantuje ich atrakcyjną, nieprzerwaną projekcję. I o ile niegdysiejszy powieściowy naturalizm chronił sferę security i według niego to w niej kumulowały się najradykalniejsze dla ludzkiej egzystencji zagrożenia i obawy, o tyle realizm kryminalny kreuje horyzont lęków wyłącznie w tej samej sferze, co struktura władzy, to jest w sferze safety, dając kulturowe „imprimatur” dla zestawu warunków koniecznych do odzyskania poczucia bezpieczeństwa egzystencjalnego.

Dlatego – mówiąc krotko, czytelnik nie musi wiedzieć, czy podoba mu się konkretny kryminał. Ich bohaterowie mają odżywiać nasze lęki i zaspokajać nasz apetyt na strach, pilotować zbiorową terapię narodu za pomocą literatury popularnej. Spiski, ofiary, ci sprawiedliwi i ci zwyrodniali: na czas lektury rzeczywistość odzyska czytelność i sens. Powieści kryminalne należy słusznie podejrzewać o to, że wcale nie mają służyć przyjemności tekstu, lecz wywołać u czytelnika małe, domowe katharsis.

 

  1. Bohaterowie są zmęczeni.

[Boli ich kręgosłup. Siwieją. Mają niską pensję. Piją. Wielu z nich utyło; nie potrafią stworzyć stałych związków. Imponują umiejętnością dedukcji. ]

Nieprzypadkowy w historii rodzimych czytelniczych mód i miłości do kryminałów jest brak zainteresowania fikcyjnymi, literackimi lękami – czego przykładem choćby ograniczona recepcja przygód detektyw literackiej Thursday Next, która przegrała z kryminałami politycznymi i całym zapleczem sensacyjnym biblioteki kultury i doczekała się w Polsce tłumaczenia zaledwie dwóch pierwszych tomów z ogromnie popularnej na świecie serii autorstwa Jaspera Fforde’a.

W powieściach kryminalnych chętniej widzimy bohaterów funkcjonujących przynajmniej na obrzeżach znanej nam rzeczywistości. Mistrz z kryminałów Świetlickiego, komisarz Pater autorstwa tandemu Krajewski – Czubaj, radca kryminalny Eberhardt Mock Krajewskiego, major Nastia Kamieńska Aleksandry Marininej, ubezwłasnowolniona Lisbeth Salander z trylogii Larssona: wszyscy oni spełniają przy tym jeszcze jedną kulturową fanaberię: zaspokajają zapotrzebowanie czytelnika na wiarygodnie słabego bohatera. Słabi bohaterowie, tak samo jak my, z góry spodziewają się kłopotów, dlatego są z definicji lepiej przygotowani do walki ze złem, z nieokreślonym zagrożeniem. Potrafią w jego obliczu skupić się na przetrwaniu i powrocie do domu, zamiast na radykalnej konfrontacji sił.

Co charakterystyczne, regularnie pojawia się w ich losach wątek kiepskiego wyposażenia w sferze security – kochamy bohaterów, którzy są niedoinwestowani, wobec których ani fiskus, ani fortuna nie są szczególnie łaskawi. Tu, u nas, w Polsce, biblioteką rządzi rachunek zaściankowy. Stąd zachłanna potrzeba słabych bohaterów, którzy byliby mali i śmieszni, niedopasowani do bezwzględnego rytmu miasta. Kryminały z empików i merlinów wykupuje się masowo jako apokryfy o nas samych, gdybyśmy byli Mockiem, Paterem, Mistrzem czy Nastią Kamieńską. Żadne z nich nie należy do grona wybrańców losu, bywają porzucani, zastraszani, śmieszni, niezgrabni, powolni, nieudolni, nawet jeśli próbują zrekompensować to zawziętością i konsekwencją.

Słabi bohaterowie są zwykli, przeciętni, nie dysponują nieograniczonym arsenałem broni, w zetknięciu ze złem będą równie mocno jak my narażeni na atak i fiasko, równie bezradni, bezbronni, bezsilni. Mają w zanadrzu tylko nieoczywiste wobec przemocy zalety, intuicję i inteligencję, cierpliwość, upór dedukcyjny, umiejętność analizy, wyobraźnię, brak uprzedzeń, umiejętność obmyślania najbardziej nawet nieprawdopodobnych wersji wydarzeń. Niesłusznie lekceważeni tropiciele luk w chłodnych kalkulacjach przestępców to kiepsko uzbrojona, ale najskuteczniejsza kontra na wysokobudżetowe zło, przestępczy spryt, misterne intrygi, spiski, afery i knowania.

Specjalnie dla nas i potrzeb naszego treningu lękowego we współczesnych kryminałach bezpośrednie zagrożenie jest mocno stłumione. Pociągające dla nas jest uczestnictwo w świecie, w którym samo zło jest raczej o milimetr, niewiele o nim wiadomo, strzela z tłumikiem, słabo je widać, ma charakter wyłącznie poszlakowy.

Dlatego też najpilniej zaspokajaną przez autorów kryminałów potrzebą uczestnika kultury jest dzięki specyfice bohaterów coś znacznie bardziej wyrafinowanego. Metaśledztwo – tym naprawdę zajmują się major Kamieńska, hakerka Salander, czy radca kryminalny Mock. Spełnione marzenie wystraszonej globalnej wioski:, pedantyczna analiza nienależących do nikogo śladów, inwigilacja materiałów dowodowych, przesłuchiwanie niepodejrzanych, poważne traktowanie nieuzasadnionych pozornie poszlak. Prowadzone nieoficjalnie śledztwo nad śledztwami, wyniki i zakresy, mapy i niewidoczne na miejscu zbrodni motywy i dowody, pozwalają odsłonić prawdziwie utajone zbrodnie, zdemaskować przeoczone prawidłowości, odsłonić powoli układający się wzór. Wszystko to funduje pewien wyjątkowo cenny dla kultury wzór bohatera – odstającego umiejętnościami od średniej krajowej, maniakalnie skupionego, obsesyjnie skupionego na detalach, jak detektyw Monk z jego nerwicą natręctw. Jako czytelnicy, możemy być nadzwyczajnie szczęśliwi: literatura na moment nasyca nasze przemożne pragnienie kontrolowania peryferii legalności, nie bez ofiar i nie bez błędów, ale stałe, nieugięte czuwanie nad chaosem w oczekiwaniu aż entropia zacznie zastanawiająco spadać, a z mgławicy zaniechanych poszlak i nie wiążących się z niczym śladów wyłoni się jako nieoczekiwany wzór – prawda.

Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że księgarniany realizm kryminalny, nieprzypadkowa konwencja kulturowa, która zaspokaja pewną pulę niebłahych czytelniczych potrzeb, wcale skutecznie nadrabia brak literatury dającej wiarygodne portrety pokoleniowe, na których niedobór tak chętnie utyskuje krytyka literacka. To listy bestsellerów pokazują popularność wzorca, którym chętnie się żywimy i który pozwala żywić nadzieję na bezpieczną egzystencję i współdzielić fobie z bliźnimi. Na co dzień interesuje nas dziennikarstwo sensacyjne, życie na gorąco, komisyjne zaglądanie rzeczywistości pod zakrwawioną koszulę. Wiemy, że złoczyńcy są starannie ukryci.

– To taki miły człowiek, zawsze grzeczny, uprzejmy, uczynny – mówi statystyczny obywatel o swoim sąsiedzie – potworze, którego nikt nigdy nie podejrzewał o zbrodnicze skłonności.

To tego realizmu szukamy w książkach, chcemy wraz z narratorem dostąpić przywileju demaskacji zła niewidocznego, ukrywającego się w tajnych piwnicach uroczych domów w dzielnicy willowej, i podobnych obnażeń rzeczywistości, w której dobro i porządek są czysto fasadowe, i w których domyślamy się tekturowych atrap nieistniejącego stanu rzeczy. Zawzięte szukanie potwierdzenia, że nie mylimy się, bojąc. Samozwańczy szpiedzy wierzchniej warstwy wydarzeń, szukający tego, co zakryte dla oczu, tropiciele spisków, intryg i nierządu, zwolennicy rejestracji i kartotek, biegli egzegeci kodeksu wykroczeń. Oto właściwy portret pokoleniowy, średnia krajowa obaw, najgłębiej sięgająca inspekcja naszego stylu życia.

[1]       http://archiwum.polityka.pl/art/jacek-zakowski-rozmawia-z-zygmuntem-baumanem,395495.html

Miasto w sieci katachrez

Miasto w sieci katachrez

Dzisiejsze Miasto jest niemożliwe do oznaczenia, niewymierzalne jako fizyczna przestrzeń; Miasto o usuniętej topologii. Oko nieudolnie rejestruje obraz o nieznanej nam rozdzielczości. Wszechobecna digitalizacja rozwarstwia Miasto: skromna siatka ulic wprzęgnięta zostaje w Globalną Sieć, aby w niekonieczny sposób pośredniczyć w niekoniecznych kontaktach. Internetowe odsyłacze w adresach instytucji, komputerowe rekonstrukcje zabytkowych obiektów, półwirtualny charakter miejsca powodują zapadanie się Miasta w serię okien do otwarcia, przekształcają Miasto w jego własny hologram. Miasto nie posiada już wnętrza, straciło podwórka i zaułki: to, co prywatne i to, co społeczne zostało zdezaktualizowane. Miasto jest fasadowe, projektuje swoje istnienie z pomocą frontonów budynków, obrazów i logotypów. Wymaga od nich więcej niż kiedyś. Muszą być tym, co niegdyś wyłącznie reprezentowały, muszą mówić same za siebie, stanowić jednocześnie znak i przedmiot odniesienia. Nieokreślona całość Miasta staje się szczególnym rodzajem logo.

Ponawialna seria plakatów, ulotek i ogłoszeń. Tablice i banery reklamowe. Neony. Informacje o wyprzedażach. Metki. Uproszczone rysunki przechodniów wklejone w tło. Samoopowiadające się Miasto jako doskonała witryna internetowa, prototyp sieci katachrez. Wstukuję w wyszukiwarkę słowo miasto.

Wyszukiwarka odwrotnie polaryzuje opozycję oryginalność/ wtórność. Bezwymiarowość sieci jako destabilizacja słownika stwarza ryzyko dla symulowanego w niej języka: to, co oryginalne, całkowicie nowe (najskrajniejszym stadium oryginalności języka jest neologizm), może zostać nie znalezione, przeoczone, może nie zaistnieć. Język w sieci musi podporządkować się temu, co już powiedziane, już znane; język musi się powtórzyć, aby udało mu się przywrócić komunikację. Jean Baudrillard pisał już w latach siedemdziesiątych o tym, jak – telemedia – zdominowane zostały przez funkcję fatyczną. „Fatyczność jest oznaką, że należy podsycać kontakt, wytwarzać obieg, mówić bez końca, ażeby po prostu umożliwić język”. Wirtualna rzeczywistość jeszcze bardziej rozpaczliwie naciska na to, aby słowo zostało wybrane. Pisanie i administrowanie stron internetowych wymusza na słowach obsługiwanie możliwie dużo domen. Nazwa własna, semiotyczny genom indywidualności, w przestrzeni wirtualnej jest całkowicie bezradna, o ile nie stanie się metonimią dla wytworzonych tekstów lub rzeczy. Podporządkowanie języka wyszukiwarce to rewolucja w ekonomii językowej. Słowa zostają wtrącone w stan permanentnej katachrezy. Katachreza w sieci zmienia swą figuratywną taktykę, przestaje uzupełniać słownik, kiedy brak mu słów na to, co istnieje. Wirtualna katachreza zajmuje się zwężaniem słownika. Ściągając słownik do objętości minimum, zwiększa prawdopodobieństwo znalezienia rzeczy, której tym razem słowo już nie oznacza, ale markuje. Im popularniejsze słowo, tym większa szansa, by na nie natrafić: ma ono wówczas zadziałać jako pomost pomiędzy wynikami wyszukiwania a jednym z adresów porządkujących zasoby sieci: zwiększa pulę celów podróży po sieci. Dzięki swojej rozpoznawalności, słowo dotwarza dla użytkowników bezmiar rzeczywistości wirtualnej. Zerwawszy uprzednio więzy między znaczącym a znaczonym, słowo odsyła wyłącznie do kolejnych słów, zastępuje je wszystkie. Inaczej mówiąc, w sieci mamy do czynienia z katachrezą drugiego stopnia.

Katachreza drugiego stopnia to jeden z dowodów na to, że interfejs komputera osobistego jest terytorium symulacji doskonałej. Jednakże nie chodzi tylko o symulowanie fasady wirtualnej rzeczywistości za pomocą języków programowania, o przetwarzanie skryptów, zapisywanych przez komputer jako strumień danych, na słowa, obrazy i dźwięki. Podstępnie oczywiste wydaje się raczej ułożenie zależności pomiędzy słowami i przedmiotami odniesienia. Mamy mieć do czynienia z relacjami powtórzonymi, ze ściśle odwzorowanymi przyległościami i podobieństwami. Gra jednak dotyczy pozorowania parametrów, według jakich wykreślone są granice tzw. świata rzeczywistego. Programowanie interfejsu szuka wsparcia w języku komunikacji. Paradoksalnie, dopiero język porządkuje relacje czasowe i przestrzenne pomiędzy obrazami. Folder o nazwie galeria obrazów symuluje sortowanie i przestrzenny układ kolekcji. Słowa separują, segregują, łączą, wyznaczają ścieżki/ schematy poruszania się po interfejsie. Bez słów, informacje (dane) byłyby bezładnie kodowane w systemie zerojedynkowym, bez żadnego użytku dla człowieka: dopiero słowa oferują prawdziwy dostęp do informacji. Jeśli zatem komputer generuje pliki i foldery, jeśli otwiera przed użytkownikiem galerię obrazów, to w miejsce faktury przedmiotów, zapachu tekturowych teczek i błyszczącego druku prospektów, zamiast masywności i betonu budynków, słowa wnoszą w posagu swoją katachretyczną usłużność, oferują swój semantyczny kontur, stanowią świat na nowo dzięki naniesionemu na zdigitalizowane przedmioty odniesienia podobieństwu. Nazwy ze świata realnego przenoszą właściwości dotychczasowych przedmiotów odniesienia w przestrzeń wirtualną, w przestrzeń całkowicie innego kodu. Jednym ze złudzeń projektowanych przez komputer jest więc interfejs, widzialna fasada wydarzeń matematycznych. Dopiero jednak drugie nazwanie świata, ów świat powtórzony w języku, tłumaczy ciąg zerojedynkowy w znajomej grze różnicy i powtórzenia, symuluje kategorie, ustanawia hierarchię, odtwarza systemowość języka na ruchomych piaskach systemu operacyjnego. (Zobrazowana katachreza strumienia danych nie na darmo gra ważną rolę w filmie Matrix: granice interfejsu są granicami naszego świata?) Każde z komputerowych poleceń, takich, jakimi jawią się one użytkownikowi, jest tylko etykietką dla nieprzetłumaczalnych dlań działań programisty, przekształceń skryptu zapisanych przez pecety w kodzie zerojedynkowym. Zwykłemu użytkownikowi przywraca poznanie i rozumienie w obrębie medium, w którego (technicznej) rzeczywistości są tylko wiersze komend i obliczenia. Użytkownik nie odczuwa żadnego zdziwienia tą podwójną grą medium. Żadnego zaskoczenia faktem, że katachreza jest pusta.

Czy interfejs w istocie rozszczelnia związek przyległości pomiędzy słowem i rzeczą? Metonimiczna więź, która kojarzy w pary słowa i rzeczy, wydaje się przecież aż nadto znajoma. Kupujemy sukienki z napisem sukienka i pierzemy koszule z napisem koszula, śpimy w łóżku, podpisanym od spodu łóżko. Plamimy się tabliczką czekolady podpisaną czekolada i pijemy wodę mineralną z napisem woda mineralna, na koniec wymieniamy się wizytówkami. Nikt nie odczuwa niewygodnej tautologii. Może więc dlatego bez trudu kolonizujemy wirtualne Macondo?

Do wiadomości publicznej: ja też jestem stamtąd. Pochodzę z Miasta Tramwai, gdzie mam na imię Halina i napisał mnie Kajetan Hajkowicz. www.miastotramwai.pl

Kosztorys znaczenia

Kosztorys znaczenia

Andrzej Sosnowski, Nouvelles impressions d’Amerique, Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi, a ja nie dotykam istoty sprawy.

Nie mam narzędzi do demontażu tych wierszy, tak, aby stworzyć giełdowy indeks możliwych trybów ich odczytań. Moich narzędzi jakiś cwaniak użył do zrobienia swojej poezji. Czytanie bez narzędzi nie daje zaś żadnego sensu o przedłużonej trwałości, myślę, ku swemu zatrwożeniu, zanim jeszcze pozwolę sobie na (taki niezawodowy?) zachwyt. Pilna potrzeba rozliczenia się z sensów naddanych, z jakiejś semantycznej superaty, jaką dają wiersze Sosnowskiego podczas interpretacyjnej inwentaryzacji, została wchłonięta przez tekst interpretowany: on już ten mój rachunek zachciankowy podrabia i zawiera. Interpretacja jest oczywiście możliwa, kurtuazyjnie przychyla się do naszych próśb i feblików poeta, wszelako nie znajdzie się ona wyżej tekstu; nie będzie wiecznej chwały i notki w encyklopedii dla deszyfratorów przenośnej enigmy, bo też ta poezja demaskuje właśnie obecność szyfrów, upublicznia kody, piętrzone przez użytkowników systemu językowego, obśmiewając przy tym naszą słabość do czytania ze zrozumieniem. Wyjście z domu niewoli, poza przestrzeń kodu, porozumiewanie się – to sprowadzenie języka do możliwie uproszczonej postaci, obopólna zgoda na tautologię. Triumfalnie odnajdywany klucz do sensu, maszyna deszyfrująca na licencji poeticae pozwala bowiem co najwyżej wrócić do kodu wspólnego dla uczestników jakiejś umowy społecznej, kodu, w jakim potrafimy mówić do rzeczy. Jest to powrót i jest to ulga, ale nic ponadto. Szczęściem, rzeczy są na tyle dobrze opisane, że słowa brzmią znajomo, chyba żeby je powtórzyć jakąś nieznośną ilość razy, wówczas zbyt skwapliwa reprodukcja sensu budzi podejrzliwość; razi sprawna mechanika systemu, gryzie nienaganna powiadalność języka.

I mówię odtąd tylko jako literaturystka: dobrze jest wyjechać ze swoim językiem. Daleko, w zupełnie inny język – język opisu wszystkich Stanów. Tak żeby własny język został sam, bez odsyłaczy i przydzielonej komisyjnie ochrony czystości. Bez moherowej nitki łączącej z obowiązkiem narodowo-chrześcijańskim. Bez szkolnej higienistki, która dezynfekuje metafory, gdy szczególnie ranią zdrowy rozsądek, i opatruje każdą jałowym komentarzem.

Kiedy język zostaje sam i rzeczy nie są już gwarantowane, można się wziąć za wyrób nowych.

Potem wystarczy uruchomić z gruntu podejrzaną turystykę, transkontynentalną kolej rzeczy, lubianą przez moje Biuro ze względu na jej nieoficjalny charakter (nikt tam nie akceptuje kart honorowanych gdzie indziej). Być wewnątrz świata to, jak wykazuje inspekcja metafor, być nieustannie wewnątrz wiersza, wewnątrz języka. Nasza obecność prowadzi tam do nagłych spięć; rzeczy chcą być przedmiotami naszego pożądania. Z krótkiej walki o dominację wywiązuje się struktura, kartografia, mglisty zarys pojęć: język bez skrępowania oznacza całe swoje terytorium, przez zaniechanie mówienia. Wszystko, co znajduje wyraz w języku, świat następnie wysyła do nas jako powiadomienie o sobie, nawet jeśli jego sens jest zaskakująco mało dosłowny. Teksty Sosnowskiego opowiadają ten świat powiadomień, świat, który obstaje przy tym, że jest całością trwalszą niż ze spiżu, a dowody istnienia gromadzi w tekturowych teczkach, do których z lubością odsyła wiernych czytelników.

Taki świat umieszcza w obiegu sporą ilość opinii, punktów, not bankowych, kuponów do odcinania i znaków jakości, całą tę szarą strefę pośrednictwa między rzeczą a słowem, która decyduje o bieżącym kursie znaczeń; gra na giełdzie nigdy nie wydawała się bardziej ekscytująca. Można więc bez większego problemu inwestować w wybrany obraz świata, chociaż ryzyko jest spore, jak zawsze gdy chodzi o fikcyjne nieruchomości.

„Każda rzecz powinna kosztować tyle, ile słowo w tym telegramie. Dopiero wówczas udałoby się ustalić związek między rzeczą i słowem”, czytamy w Nouvelles impressions d’Amerique. W tomiku Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi, trzymam paragon fiskalny i studiuję łącznie. Będzie 17 zł i udziały w prywatnej katachrezie, co daje się odliczyć od rzeczywistości. Której zresztą w księgarni nie dołączono.

Kultura archiwum

Kultura archiwum

Nie da się tak zwyczajnie uwierzyć w to, że nas tutaj nie ma, że nasz język nie zawiera nas wcale; uczymy się języka, aby w nim obiecywać ciąg dalszy, wyrzucamy go w przyszłość, aby przeciągał nas na swoją stronę – musi nas ubezpieczać, iść przodem, zahaczać o rzeczywistość, więc nawet kiedy ostrożnie przysuwamy palec do krawędzi tekturowego samolotu, kiedy przez chwilę graniczymy ze światem tak, jak graniczą ze sobą figurki origami, na jesień zawsze odzywają się bóle fantomowe, uwiera amputowana realność, rwie w kościach bezpowrotnie utracona referencja. Dla wytchnienia czytamy wtedy o czasach, w których ścieżki wytyczała jedynie Litera Prawa, w których los zapisano nam w górze; tak było dopóki ciemności alfabetu nie zakryły ziemi. Marzymy o tych wiekach ciemnych i naiwnych, kiedy rzeczy w słowach można było szmuglować bez opamiętania.

Niepokojące nas zmiany w tkance tekstu, kolejne nawroty „rzeczywistej nieobecności”, która sieje spustoszenie w słowach, te reemisje tęsknoty za przedmiotem odniesienia sygnalizują przede wszystkim, że zarówno kiedy mówimy o literaturze, jak i kiedy uprawiamy literaturę, znajdujemy się w obszarze kultury archiwum, w której przechowuje się wszelkie dotychczasowe realizacje wszelkich dotychczasowych konwencji opisu. Obowiązujące stylistyki i krnąbrne innowacje znaczą nie w odniesieniu do rzeczywistości, lecz w odniesieniu do innych opisów; słowo nie jest puste, ale w naszym odczuciu opróżnione z rzeczy, ktoś okradł nasz język – z wszystkiego.

Wszakże świat, którego się uczymy, oszukani spadkobiercy epistemologów, jest światem opisanym – decyzja o jego poznaniu jest także decyzją napisaną, w myśl tej decyzji kultura gromadzi dla nas wszystkie swoje realizacje, tłumacząc to kumulacją wiedzy. Zamiast jednak stałego dostępu do stabilnych danych, kolekcjonujemy opisy naszych badań, przymykając oczy na stopniowalność ich asercji, trochę może tylko kaprysząc przy katalogowaniu fikcji. Ze straceńczą odwagą majstrujemy jeszcze czasem przy prowadnicach archiwalnych szuflad, oliwimy tryby, żeby dało się gładko wypowiadać rzeczy, żeby dało się wypowiadać słowo „rzecz” jak rzecz samą w sobie. Małe, wzruszające matactwa i czasem, mimo kryzysu referencji, ubytku znaczonego w rejestrze języka, pomimo tego śmiesznego manka wytkniętego przez speców od inwentaryzacji świata w tekście i przez tekst, „świat” i „przedmiot odniesienia” niespodziewanie powracają, jakkolwiek w cudzysłowie; w ten przebiegły sposób zapewniamy sobie do nich – nareszcie nieograniczony – dostęp.

W punktach kontrolnych radość umiarkowana. Utajnione procedury postępowania z tekstami, jakie obowiązują pracowników archiwum, zawierają cenne instrukcje: wiedzę o „świecie” i „przedmiotach odniesienia” zdobywa się bowiem posługując się porównywaniem zmian i wychwytywaniem różnic w rozmaitych opisach rzeczywistości. Pedantyczni archiwiści dbają o wyznaczenie relacji pomiędzy nimi, rozlokowanie ich pomiędzy sobą w taki sposób, aby powtórzyć układ tekstów towarzyszących, zrekonstruować opisy, które zostały wyparte, odtworzyć antagonizmy pomiędzy konwencjami, przyłączyć całą tę elektryczność, aż gra różnic sprawi, że znaczenie opisów stanie się, mimo swej nieokreśloności, na powrót „investigable” – badalne, jak za Wittgensteinem dowodzi Steiner. Kiedy proza metafikcyjna odtajnia procedury archiwum, a jej figuralne nadużycia operują właśnie różnicą pomiędzy wykluczającymi się konwencjami opisu, odsłonięta zostaje rola umów fundujących dlań odmienne odniesienia. Wyjawiony zostaje złożony związek zachodzący pomiędzy opisem a zasobami konwencji, jakie pozostają do dyspozycji kultury archiwum i wobec których określa się i różnicuje każda nowa gra językowa. Jeśli nawet (uznać, że) teksty są albo puste i nieczytelne, albo wtórne i zapośredniczone przez wcześniejsze teksty, albo, niech tam, robią za gwałtowne i natrętne świadectwo prawdy, kultura odnotowuje je każdorazowo jako zmianę w formowaniu znaczenia. Wyżsi rangą pracownicy wiedzą, że gdyby przydarzyła się nam globalna atrofia referencji, nie zmieniłaby nic w fundamentach archiwum: pozostawione katalogi ciągle wytwarzałyby najważniejszą cechę kultury literackiej: kodowanie w paśmie różnicy i powtórzenia. Jeśliby przemyśleć przy okazji derridiańskie „znamię pisane”, właśnie to byłaby jedyna względnie trwała jakość, jaką może ono oferować.

Fundamentalne przesunięcie z referencyjnej do wewnętrznie relacyjnej semantyki”, pozwalające, jak dowodzi Steiner, współczesnym naukom lingwistycznym usunąć ostatnie przesłony herezji omawiane w Kratylosie, likwiduje zakorzenienie tekstów w rzeczywistości. Notując wieczorami ruchy tektoniczne w powieściowych konwencjach realizacji własnych celów, zaczynamy domyślać się, iż praktykowana w nich figuralna perswazja jest każdorazowo narzędziem naszego rozumienia – innych opisów świata. Kiedy wykroczenie przeciwko powieściowej retoryce akceptowanej ze względu na jej niezbywalny walor poznawczy jest odczuwane jako nowe/ obce, znaczy właśnie jako zmiana, i, jak chce Rorty, destabilizuje wcześniejsze opisy świata, przywraca poznaniu wartość działania na tekście.

Trzeba dobrze przemyśleć własny sprzeciw przeciwko temu, co zanadto retoryczne: to wyraźny sygnał delimitacyjny: karny obywatel mimesis sprawnie odkreśla linijki tekstu od rzeczywistości, wie, od jakich słów zaczynają się prawdziwe rzeczy, a dokładniej: opisy prawdziwe. Granice opisów prawdziwych bywają wszelako słabo strzeżone, tak, iż nawet estetyczna niesubordynacja powieści może zostać ostatecznie zinterpretowana przez pryzmat ekspresji podmiotowej, a nowy sojusz nadawczo – odbiorczy pozwala w zmatowiałej narracji powieściowej wykryć epifanijne drugie przyjście, cud przedstawienia tego co nieprzedstawialne; bo też w kulturze Zachodu przyszykowano niezwykle chłonny wiedzy grunt pod narracyjne landszafty, co naraża nas każdorazowo na mówienie o świecie i człowieku.

Dlatego mogłabym zrobić tymi słowami wszystko, wywołać reakcję łańcuchową metafor, żeby cały język wybuchł, żeby się poddał, mogłabym wymusić kapitulację znaczenia, ręce na karku, pyszny protektorat podmiotu, rzeczywistość oddzielona higroskopijną warstwą tekstu; tak – mogłabym, przecież to wystarczy napisać. Czekam na specjalne zezwolenie archiwum.

Sezonowanie czasu

Sezonowanie czasu

Wiosną przychodzi czas na kłopotliwe porządki w Biurze. Segreguję, mnę, wyrzucam. Zszywam, co rozdarte. Próbuję ułożyć alfabetycznie. Potem chronologicznie. Na koniec według kolorów okładek: czerwone i czarne. Majstruję przy archiwum. Coś tam zetlało, kartki wytarte od wertowania. W jasnych safianowych pudłach leżą te o brzegach nasączonych trucizną. Dołączyłam rękawiczki z miękkiej skóry. Ja nie używam.

Katalog śmiesznie mały. Jak dotąd, dwie tekturki: terminarze i mapy. Dorobiłam precyzyjne odsyłacze: patrz: Biblioteka.

Po pracy przeglądam foldery z światami przedstawionymi. Oferta mnie przerasta. Pobyty tylko równoległe. Nie wiem sama. Ryzyko w takich czasach, wszystko niedokonane. I ludzi człowiek nie zna, w języku się jeszcze nie rozpozna, las rzeczy mieszany. Zakwaterowania żadnego, ciągle w drodze, a potem jeszcze kłopoty z wiecznym powrotem. Nie wiem. Bezpieczniej w Biurze chyba. Jakoś tak.

Wykładam na stół dwie przypadkowe kartki. Czytam. Piszę. Jak w życiu.

____________________________

Podkatalog: terminarze i mapy/ czasoprzestrzeń/ czas powieściowy

hasło: chronometryka

 

Każda powieść musi posiadać swoją chronometrykę, czas urodzenia znaczeń. Właściwości czasu powieściowego określa bowiem konkretny kalendarz, który dyktuje narratorowi właściwy idiom do rejestrowania wydarzeń oraz nadaje im tym-czasowy porządek i sens. Uświadamiam to sobie, kiedy zdarza mi się natknąć na teksty graniczne, w których dokonuje się wyraźna zmiana, w których jeden kalendarz zapada się w drugim. Dobrze jest wtedy sprawdzić, jak formułuje się w nich nowe oczekiwania wobec czasu, jak czyta się w nich siebie.

Dla przykładu: chronometryki Opowieści galicyjskich Stasiuka i Zwału Shutego są całkowicie odmienne. Opowieści utrwalają czas, w którym zaczyna się korekta kalendarza dotychczasowego, a dodatkowo nakłada się na nią powidok najstarszego, boskiego porządku. Zwał zaś prowadzi zapiski w kalendarzu już zmienionym i ujednoliconym, w modelu odmierzania czasu wspólnym dla kultury masowej.

Kalendarz jako taki zakłada, że pewne rzeczy wydarzą się jeszcze raz. O ile jednak ów obowiązujący kalendarz wydaje się jednorazowy, nie wart wypełnienia, błahy, z dniem przeznaczonym do wyrwania (z pamięci, z kontekstu), to pod nieważnym, nadrukowanym wtorkiem świątkiem piątkiem i niedzielą, w zapiaszczonych arteriach czasu, upływają kalendarze inne, bardziej nieuchronne, w których czas wciąż oznacza nieustanne powtórzenie, z oczywistym ryzykiem uchybień w programie, z marginesem błędu.

To bowiem powtarzalność umożliwia stanowienie normy, zapis litery prawa, a także druk obowiązującego kalendarza, w którym wytycza się in blanco plan roczny, przygotowuje kliszę do kontrolowania wszystkich pojedynczych dzisiaj. To, co nie mieści się w kalendarzu, każda nieprawidłowość, błąd, niesubordynacja, ludzkie odstępstwo od porządku, pozwalają westchnąć: taka jest kolej życia. W tej luce czasowej, w tym wypaczeniu zapisuje się czasem ktoś pojedynczy, ktoś, kogo błąd będzie niepojęty dla innych, nie mieszczący się w puli zrytualizowanych zachowań zalecanych przez instynkt kultury. Czy więc jednostkowe życie ludzkie nie zasadza się na przekonaniu o konieczności błędu, żeby mogło dziać się jako przejmująco małe, prywatne i indywidualne? I czy w tym sensie powieści nie są katalogami błędów, spisami odstępstw od kalendarza powszechnego?

Literatura jako opowieść sankcjonuje najgłębszą kulturową pamięć obsesyjną: opowiadanie śladów (wspominanie) ma być przywracaniem do życia tego, co minęło, ma być powrotem nieobecnego. Narracja chce powtarzać sukcesywność wydarzeń poprzez sukcesywność referencji; słowo po słowie wodzi wzrokiem za przedmiotem odniesienia, czas nieprzerwanie przesypuje się w ruchomych piaskach liter, wystarczy odwrócić klepsydrę, żeby nie rozlepili jej w mieście. Tekstowe odradzanie się czasu fundowane jest poprzez continuum narracyjne. Niepowstrzymany ruch znaczeń powoduje niestety dojmującą, uporczywą trwałość tekstu, niezniszczalność świata, w którym nie można zwyczajnie umrzeć. Listy, które zostają po zmarłych, wciąż mówią ich głosem. Powieściowe samobójstwa popełnia się ciągle od nowa, a przerwane dzienniki maniakalnie odtwarzają nieśmiertelne teraz pisania, nienaturalnie żywą mowę. Jak się okazuje, chronometry tekstowe nie tyle służą do mierzenia czasu, co do jego wytwarzania.

Współczesna proza obserwuje i wykorzystuje zakłócenia w czasie egzystencji, nakładanie się sprzecznych porządków, pewną kolizyjność kalendarzy historii i religii, stopniowo dewaluowanych w przestrzeni kultury masowej. Wykluczające się sposoby nadawania sensu życiu powodują ostatecznie poczucie bezwyjściowości, i wynikają z poważnych zakłóceń w odmierzaniu i pojmowaniu czasu. Jest to wszakże proces, którego fazy notuje właśnie powieściowa chronometryka.

W prozie Stasiuka historia, która zawsze kołem się toczy, musi lada chwila ulec odmiennej matrycy, innemu systemowi naliczania wartościowości czasu. Oto jednak w opowiadaniu Władek, mieszkańcy wsi, w której z czasem na komunistyczną szarzyznę nałożone zostaje przezrocze kapitalistycznej feerii barw, odnowioną czyli nieznaną witrynę kiosku czytają według starego chronometru. Opakowania zagranicznych kosmetyków włączone zostają do naturalnego w tym miejscu, sakralnego porządku symbolicznego, który zdaje się triumfalnie wracać:

 

„(…) Wody potopu ustępują, ostatni sekretarze zostali zatopieni albo umknęli, zło wygubione, a na niebie wschodzi nowa tęcza, znak pojednania. Stare kobiety stoją jak zwierzęta wypuszczone z arki i oglądają znaki najnowszego przymierza. Pejzaż nigdy nie budził takiego zainteresowania. Jakby to stare dzieło Boga wyblakło, jakby deszcze, śniegi i cierpienie starły z niego całą farbę, czyniąc go przezroczystym.

Tęcza witryny wysyła twarde, zdecydowane światło, w którym unoszą się zaklęcia w niezrozumiałym języku.

Kolor biały – Similac Isomil – to czystość, radość, niewinność i wieczna chwała, to barwa szat Chrystusa na górze Tabor, to bisior ze świątyni Salomona. Niebieski – Blue Ocean Deodorant – to kolor Matki Boskiej, firmamentu i tak jak biel znaczy nieskazitelność.(…).”

[A. Stasiuk, Opowieści galicyjskie. Władek, s. 13 – 14]

 

Tylko poziom narracji notuje ten zaskakujący anachronizm, który sprawia, że ślady „nowego”, znaki całkowitej odmiany czasu, czytane są według niewłaściwej matrycy. Proza Stasiuka pokazuje więc fragment czasoprzestrzeni, w którym kolidują ze sobą dwa kalendarze. Jeden projektuje wieczność, trwałość znaczeń, drugi, o czym jeszcze nie wiedzą jego nowi uczestnicy, kusi nieustanną zmiennością, piękną chwilą promocji. Ten drugi kalendarz, który w świecie jest już kalendarzem obowiązującym, przypomina, że każdy dzień należy spożyć jak najdokładniej, bo taka okazja, tak niesłychana szansa na lepszą egzystencję nie może się powtórzyć. Anonsuje konsumpcjonizm jako nieustający apetyt na teraźniejszość witryn sklepowych. Bohaterowie Opowieści galicyjskich jednak jeszcze nie potrafią odczytać sensu zmienionego obrazu świata wedle nowych prawideł, więc zrywają z kalendarzem wcześniejszym i linearną ścieżkę szarej historii na powrót wyginają w idealne koło. Oś czasu zawłaszczona zostaje zatem przez porządek Przymierza z Bogiem, pozwalający zaznaczać w kalendarzu powtarzalność dni świętych, które nie są rocznicami minionych wydarzeń, ale ich ciągłym dzianiem się na nowo. W tej boskiej perspektywie bieg wydarzeń został ustanowiony wcześniej, zaplanowany przez Sąd Najwyższej Instancji Nadawczej, człowiek zaś jest bohaterem napisanego niegdyś Tekstu, bohaterem czekającym, aż wypełni się czas, który mu dano. Jak pokazuje proza Stasiuka, ponowienie sakralnej kolistości czasu przywraca sens niepokojąco ruchomemu światu.

Zwał Shutego zaś opowiada rzeczywistość, która, w gruncie rzeczy, przywłaszcza sobie i degeneruje czas kolisty, przetwarzając go w czas kolizyjny. Kalendarz szanuje teraz wyłącznie religię roboczogodzin, mierzy czas uciążliwych, bezsensownych powtórzeń. Jak powiada „wielmożny pan dyrektor” tego kalendarza,

„(…) każdego dnia musisz obdarzać wyrazami szacunku Pracodawcę, który w swej łaskawości pozwala ci napełnić twoją pustą egzystencję żywą wodą życia. – Na nadchodzący okres rozrachunkowo-rozliczeniowy – tutaj wielmożny pan dyrektor wskazuje niewidzialnym wskaźnikiem na podczerwień cyfry na niewidzialnej tablicy – przyjmujemy nowe błogosławione strategie medialne!” [S. Shuty, Zwał, s. 197.]

 

Czas zatem rozpada się na bieżący i nadchodzący okres rachunkowo – rozliczeniowy. Początek i koniec – zmieniają się w mistyczny początek i koniec miesiąca. Człowiek jako klient świata ma poddać się czasowi wpływów na konto i czasowi rozliczeń. Musi szanować czas inwestycji i czas kapitalizacji odsetek. Obłudny, zainteresowany jedynie wydajnością każdego dzisiaj kalendarz jest pedantyczny do przesady: podzielony w nim skrzętnie dzień każe odgraniczyć od siebie dwie co najmniej wersje osoby: oficjalną i prywatną, które odtąd różnić się będą od siebie jak treść zeznań podatkowych i pamiętnika intymnego. (Gombrowicz w kodeksie pracy, Gombrowicz zawsze w formie.) Tę kolizyjność czasów, przestępczą symultaniczność czasu egzystencji, pociąga do odpowiedzialności powieść współczesna. Powieściowe gesty negacji, antykonwencje mają psuć narzucony, niewygodny porządek. Tak jak u Shutego, tasuje się karty dziennika świadomości, ażeby ocalić suwerenność chociaż w tym buncie wobec terminarza. Ma to być kontrabanda, przemyt na małą, przydomową skalę: codzienne wnoszenie do pracy prywatnych myśli i wywrotowych sądów, robienia obraźliwych notatek na marginesie spotkań urzędowych. Czas oferowany jako wieczne dzisiaj nie zawiera bowiem żadnych nadwyżek metafizycznych. Jest czasem instant, gotowym do spożycia w promocji, czasem rozliczeń bieżących i niskooprocentowanych rachunków sumienia konsumenta.

Właśnie chronometryka powieściowa zdradza, że w kulturze masowej czas nie zostaje dostatecznie wysezonowany. Na giełdzie nie następuje sublimacja moralnych wartości wydarzeń i działań, brak ich kumulacji w metafizycznych węzłach czasu, w etycznych punktach kontrolnych. Deprawuje się często sama boska buchalteria literacka, nawet narrator bowiem zajmuje się kalkulacją sensu, atrakcyjnością czasu opowiadanego.

Czy jednak da się opowiadać poza czasem? Kultura masowa nie przyznaje się do braku kontroli nad nim, wręcz przeciwnie, jak w każdej działalności gospodarczej, markuje prawo do handlowania nim, łącznie z oferowaniem linii kredytowych na spokojną starość. Kradnie się też koncesję na prywatyzację i regulację czasu: w ofercie jest więc chwila dla ciebie, chwila przyjemności, darmowe minuty, teraz polska, całe życie z naliczaniem sekundowym. Kultura opowiada czas jako nieskończoną serię dzisiaj, do tego właśnie służą jej terminarze: zarówno w powieściowych konfabulacjach i biurowych roboczogodzinach jest on wygodnie rozplanowany, rozwijany w przyszłość jak czerwony dywan, ten gotowy do powtórnego użycia szablon na odliczoną ilość kroków. Chcąc zaś być na czas na czasie, trzeba przystać na jego warunki, tak by chronometr rejestrował nasze życie jako poprawną i opłacalną sekwencję wydarzeń.

_____________________________________

Zamykam katalog. W Biurze też jest dzisiaj. Ja biegnę dalej.