Wiosną przychodzi czas na kłopotliwe porządki w Biurze. Segreguję, mnę, wyrzucam. Zszywam, co rozdarte. Próbuję ułożyć alfabetycznie. Potem chronologicznie. Na koniec według kolorów okładek: czerwone i czarne. Majstruję przy archiwum. Coś tam zetlało, kartki wytarte od wertowania. W jasnych safianowych pudłach leżą te o brzegach nasączonych trucizną. Dołączyłam rękawiczki z miękkiej skóry. Ja nie używam.

Katalog śmiesznie mały. Jak dotąd, dwie tekturki: terminarze i mapy. Dorobiłam precyzyjne odsyłacze: patrz: Biblioteka.

Po pracy przeglądam foldery z światami przedstawionymi. Oferta mnie przerasta. Pobyty tylko równoległe. Nie wiem sama. Ryzyko w takich czasach, wszystko niedokonane. I ludzi człowiek nie zna, w języku się jeszcze nie rozpozna, las rzeczy mieszany. Zakwaterowania żadnego, ciągle w drodze, a potem jeszcze kłopoty z wiecznym powrotem. Nie wiem. Bezpieczniej w Biurze chyba. Jakoś tak.

Wykładam na stół dwie przypadkowe kartki. Czytam. Piszę. Jak w życiu.

____________________________

Podkatalog: terminarze i mapy/ czasoprzestrzeń/ czas powieściowy

hasło: chronometryka

 

Każda powieść musi posiadać swoją chronometrykę, czas urodzenia znaczeń. Właściwości czasu powieściowego określa bowiem konkretny kalendarz, który dyktuje narratorowi właściwy idiom do rejestrowania wydarzeń oraz nadaje im tym-czasowy porządek i sens. Uświadamiam to sobie, kiedy zdarza mi się natknąć na teksty graniczne, w których dokonuje się wyraźna zmiana, w których jeden kalendarz zapada się w drugim. Dobrze jest wtedy sprawdzić, jak formułuje się w nich nowe oczekiwania wobec czasu, jak czyta się w nich siebie.

Dla przykładu: chronometryki Opowieści galicyjskich Stasiuka i Zwału Shutego są całkowicie odmienne. Opowieści utrwalają czas, w którym zaczyna się korekta kalendarza dotychczasowego, a dodatkowo nakłada się na nią powidok najstarszego, boskiego porządku. Zwał zaś prowadzi zapiski w kalendarzu już zmienionym i ujednoliconym, w modelu odmierzania czasu wspólnym dla kultury masowej.

Kalendarz jako taki zakłada, że pewne rzeczy wydarzą się jeszcze raz. O ile jednak ów obowiązujący kalendarz wydaje się jednorazowy, nie wart wypełnienia, błahy, z dniem przeznaczonym do wyrwania (z pamięci, z kontekstu), to pod nieważnym, nadrukowanym wtorkiem świątkiem piątkiem i niedzielą, w zapiaszczonych arteriach czasu, upływają kalendarze inne, bardziej nieuchronne, w których czas wciąż oznacza nieustanne powtórzenie, z oczywistym ryzykiem uchybień w programie, z marginesem błędu.

To bowiem powtarzalność umożliwia stanowienie normy, zapis litery prawa, a także druk obowiązującego kalendarza, w którym wytycza się in blanco plan roczny, przygotowuje kliszę do kontrolowania wszystkich pojedynczych dzisiaj. To, co nie mieści się w kalendarzu, każda nieprawidłowość, błąd, niesubordynacja, ludzkie odstępstwo od porządku, pozwalają westchnąć: taka jest kolej życia. W tej luce czasowej, w tym wypaczeniu zapisuje się czasem ktoś pojedynczy, ktoś, kogo błąd będzie niepojęty dla innych, nie mieszczący się w puli zrytualizowanych zachowań zalecanych przez instynkt kultury. Czy więc jednostkowe życie ludzkie nie zasadza się na przekonaniu o konieczności błędu, żeby mogło dziać się jako przejmująco małe, prywatne i indywidualne? I czy w tym sensie powieści nie są katalogami błędów, spisami odstępstw od kalendarza powszechnego?

Literatura jako opowieść sankcjonuje najgłębszą kulturową pamięć obsesyjną: opowiadanie śladów (wspominanie) ma być przywracaniem do życia tego, co minęło, ma być powrotem nieobecnego. Narracja chce powtarzać sukcesywność wydarzeń poprzez sukcesywność referencji; słowo po słowie wodzi wzrokiem za przedmiotem odniesienia, czas nieprzerwanie przesypuje się w ruchomych piaskach liter, wystarczy odwrócić klepsydrę, żeby nie rozlepili jej w mieście. Tekstowe odradzanie się czasu fundowane jest poprzez continuum narracyjne. Niepowstrzymany ruch znaczeń powoduje niestety dojmującą, uporczywą trwałość tekstu, niezniszczalność świata, w którym nie można zwyczajnie umrzeć. Listy, które zostają po zmarłych, wciąż mówią ich głosem. Powieściowe samobójstwa popełnia się ciągle od nowa, a przerwane dzienniki maniakalnie odtwarzają nieśmiertelne teraz pisania, nienaturalnie żywą mowę. Jak się okazuje, chronometry tekstowe nie tyle służą do mierzenia czasu, co do jego wytwarzania.

Współczesna proza obserwuje i wykorzystuje zakłócenia w czasie egzystencji, nakładanie się sprzecznych porządków, pewną kolizyjność kalendarzy historii i religii, stopniowo dewaluowanych w przestrzeni kultury masowej. Wykluczające się sposoby nadawania sensu życiu powodują ostatecznie poczucie bezwyjściowości, i wynikają z poważnych zakłóceń w odmierzaniu i pojmowaniu czasu. Jest to wszakże proces, którego fazy notuje właśnie powieściowa chronometryka.

W prozie Stasiuka historia, która zawsze kołem się toczy, musi lada chwila ulec odmiennej matrycy, innemu systemowi naliczania wartościowości czasu. Oto jednak w opowiadaniu Władek, mieszkańcy wsi, w której z czasem na komunistyczną szarzyznę nałożone zostaje przezrocze kapitalistycznej feerii barw, odnowioną czyli nieznaną witrynę kiosku czytają według starego chronometru. Opakowania zagranicznych kosmetyków włączone zostają do naturalnego w tym miejscu, sakralnego porządku symbolicznego, który zdaje się triumfalnie wracać:

 

„(…) Wody potopu ustępują, ostatni sekretarze zostali zatopieni albo umknęli, zło wygubione, a na niebie wschodzi nowa tęcza, znak pojednania. Stare kobiety stoją jak zwierzęta wypuszczone z arki i oglądają znaki najnowszego przymierza. Pejzaż nigdy nie budził takiego zainteresowania. Jakby to stare dzieło Boga wyblakło, jakby deszcze, śniegi i cierpienie starły z niego całą farbę, czyniąc go przezroczystym.

Tęcza witryny wysyła twarde, zdecydowane światło, w którym unoszą się zaklęcia w niezrozumiałym języku.

Kolor biały – Similac Isomil – to czystość, radość, niewinność i wieczna chwała, to barwa szat Chrystusa na górze Tabor, to bisior ze świątyni Salomona. Niebieski – Blue Ocean Deodorant – to kolor Matki Boskiej, firmamentu i tak jak biel znaczy nieskazitelność.(…).”

[A. Stasiuk, Opowieści galicyjskie. Władek, s. 13 – 14]

 

Tylko poziom narracji notuje ten zaskakujący anachronizm, który sprawia, że ślady „nowego”, znaki całkowitej odmiany czasu, czytane są według niewłaściwej matrycy. Proza Stasiuka pokazuje więc fragment czasoprzestrzeni, w którym kolidują ze sobą dwa kalendarze. Jeden projektuje wieczność, trwałość znaczeń, drugi, o czym jeszcze nie wiedzą jego nowi uczestnicy, kusi nieustanną zmiennością, piękną chwilą promocji. Ten drugi kalendarz, który w świecie jest już kalendarzem obowiązującym, przypomina, że każdy dzień należy spożyć jak najdokładniej, bo taka okazja, tak niesłychana szansa na lepszą egzystencję nie może się powtórzyć. Anonsuje konsumpcjonizm jako nieustający apetyt na teraźniejszość witryn sklepowych. Bohaterowie Opowieści galicyjskich jednak jeszcze nie potrafią odczytać sensu zmienionego obrazu świata wedle nowych prawideł, więc zrywają z kalendarzem wcześniejszym i linearną ścieżkę szarej historii na powrót wyginają w idealne koło. Oś czasu zawłaszczona zostaje zatem przez porządek Przymierza z Bogiem, pozwalający zaznaczać w kalendarzu powtarzalność dni świętych, które nie są rocznicami minionych wydarzeń, ale ich ciągłym dzianiem się na nowo. W tej boskiej perspektywie bieg wydarzeń został ustanowiony wcześniej, zaplanowany przez Sąd Najwyższej Instancji Nadawczej, człowiek zaś jest bohaterem napisanego niegdyś Tekstu, bohaterem czekającym, aż wypełni się czas, który mu dano. Jak pokazuje proza Stasiuka, ponowienie sakralnej kolistości czasu przywraca sens niepokojąco ruchomemu światu.

Zwał Shutego zaś opowiada rzeczywistość, która, w gruncie rzeczy, przywłaszcza sobie i degeneruje czas kolisty, przetwarzając go w czas kolizyjny. Kalendarz szanuje teraz wyłącznie religię roboczogodzin, mierzy czas uciążliwych, bezsensownych powtórzeń. Jak powiada „wielmożny pan dyrektor” tego kalendarza,

„(…) każdego dnia musisz obdarzać wyrazami szacunku Pracodawcę, który w swej łaskawości pozwala ci napełnić twoją pustą egzystencję żywą wodą życia. – Na nadchodzący okres rozrachunkowo-rozliczeniowy – tutaj wielmożny pan dyrektor wskazuje niewidzialnym wskaźnikiem na podczerwień cyfry na niewidzialnej tablicy – przyjmujemy nowe błogosławione strategie medialne!” [S. Shuty, Zwał, s. 197.]

 

Czas zatem rozpada się na bieżący i nadchodzący okres rachunkowo – rozliczeniowy. Początek i koniec – zmieniają się w mistyczny początek i koniec miesiąca. Człowiek jako klient świata ma poddać się czasowi wpływów na konto i czasowi rozliczeń. Musi szanować czas inwestycji i czas kapitalizacji odsetek. Obłudny, zainteresowany jedynie wydajnością każdego dzisiaj kalendarz jest pedantyczny do przesady: podzielony w nim skrzętnie dzień każe odgraniczyć od siebie dwie co najmniej wersje osoby: oficjalną i prywatną, które odtąd różnić się będą od siebie jak treść zeznań podatkowych i pamiętnika intymnego. (Gombrowicz w kodeksie pracy, Gombrowicz zawsze w formie.) Tę kolizyjność czasów, przestępczą symultaniczność czasu egzystencji, pociąga do odpowiedzialności powieść współczesna. Powieściowe gesty negacji, antykonwencje mają psuć narzucony, niewygodny porządek. Tak jak u Shutego, tasuje się karty dziennika świadomości, ażeby ocalić suwerenność chociaż w tym buncie wobec terminarza. Ma to być kontrabanda, przemyt na małą, przydomową skalę: codzienne wnoszenie do pracy prywatnych myśli i wywrotowych sądów, robienia obraźliwych notatek na marginesie spotkań urzędowych. Czas oferowany jako wieczne dzisiaj nie zawiera bowiem żadnych nadwyżek metafizycznych. Jest czasem instant, gotowym do spożycia w promocji, czasem rozliczeń bieżących i niskooprocentowanych rachunków sumienia konsumenta.

Właśnie chronometryka powieściowa zdradza, że w kulturze masowej czas nie zostaje dostatecznie wysezonowany. Na giełdzie nie następuje sublimacja moralnych wartości wydarzeń i działań, brak ich kumulacji w metafizycznych węzłach czasu, w etycznych punktach kontrolnych. Deprawuje się często sama boska buchalteria literacka, nawet narrator bowiem zajmuje się kalkulacją sensu, atrakcyjnością czasu opowiadanego.

Czy jednak da się opowiadać poza czasem? Kultura masowa nie przyznaje się do braku kontroli nad nim, wręcz przeciwnie, jak w każdej działalności gospodarczej, markuje prawo do handlowania nim, łącznie z oferowaniem linii kredytowych na spokojną starość. Kradnie się też koncesję na prywatyzację i regulację czasu: w ofercie jest więc chwila dla ciebie, chwila przyjemności, darmowe minuty, teraz polska, całe życie z naliczaniem sekundowym. Kultura opowiada czas jako nieskończoną serię dzisiaj, do tego właśnie służą jej terminarze: zarówno w powieściowych konfabulacjach i biurowych roboczogodzinach jest on wygodnie rozplanowany, rozwijany w przyszłość jak czerwony dywan, ten gotowy do powtórnego użycia szablon na odliczoną ilość kroków. Chcąc zaś być na czas na czasie, trzeba przystać na jego warunki, tak by chronometr rejestrował nasze życie jako poprawną i opłacalną sekwencję wydarzeń.

_____________________________________

Zamykam katalog. W Biurze też jest dzisiaj. Ja biegnę dalej.