1. Zbrodnia z postmedytacją.

[Prosimy, aby podejrzany zostawił wyraźny odcisk palca na gromadzonych przez nas dowodach.]

Paranoiczne pragnienie bezpieczeństwa, jakie funduje współczesną kulturę, wymaga starannej pielęgnacji zbiorowych fobii. I o ile prywatne koszmary senne są ćwiczeniami umysłu, suchą zaprawą do walki z zagrożeniami, symulacją prywatnej defensywy przed przypadkowym wrogiem, dywanowym nalotem osobniczych lęków, to kryminały stały się kulturowym poligonem strachu, terytorium, na którym jednostka testuje dostępne sposoby odzyskiwania poczucia bezpieczeństwa za pomocą kontrolowanego przerażenia.

Nie ma innej płaszczyzny konfrontacji własnych lęków z średnią krajową. Po to się pisze i po to się czyta kryminały, po to śledzi się kroniki policyjne i wydania wiadomości. Dlatego kondycja literacka rodzimego kryminału jest kwestią mniej istotną. Bardziej interesujące jest natomiast to, co wydarza się w rodzimych księgarniach i innych punktach animowania kultury. Nie bez znaczenia są listy bestsellerów, dzięki którym sprzedaż literatury nie ustępuje wcale sprzedaży preparatów z żeń-szenia. Najchętniej kupowane są kryminały i powieści sensacyjne, horrory i sagi o wampirach; popularne symulatory zagrożeń. To dowód na to, że policja kulturowa prowadzi najobszerniejszą kartotekę fobii i odchyleń, na podstawie której jesteśmy w stanie zrekonstruować własne wyobrażenie o normie – czyli bezpieczeństwie.

Silna potrzeba poznania przyczyn naszego strachu, który współcześnie przybrał nieokreśloną, utajoną formę, pozwala demokratycznie bić rekordy popularności książkom Krajewskiego, Marininej czy Larssona. W uważnej lekturze ich kryminałów powinna pojawić się pewna charakterystyczna poszlaka. Zabrzmi to jak nic nowego, powinien jednakże wzbudzić naszą czujność dziwnie odwrócony porządek rzeczy, który Gombrowicz genialnie zapowiedział we wczesnym opowiadaniu „Zbrodnia z premedytacją”. Jest tyle gotowych tropów i śladów, tyle kodeksów i granic do przekroczenia, że brakuje tylko zbrodni, żeby mogły się potwierdzić nasze podejrzenia i ogólne przeczucie katastrofy. Ową brakującą zbrodnię godzi się dla nas popełnić literatura. Powieści kryminalne realizują bowiem wypracowany przez kulturę schemat zbrodni z postmedytacją – są ślady i okoliczności, trzeba dopełnić dzieła i uzupełnić wyłaniający się wzór. Uczestnik kultury ma zbyt wiele dowodów na to, że świat jest zły. Żyjemy w stadium nieustannego przekonania o tym, że jesteśmy śledzeni, prześladowani, że czyhają na nas niebezpieczeństwa i przestępcy, brakuje nam tylko czasu i umiejętności, żeby przyłapać ich na gorącym uczynku. Powieści realizują za nas nasze małe tęsknoty i wzniosłe marzenia o ujawnionej zbrodni i nie marnującej się nareszcie karze. Bylibyśmy przecież takimi świetnymi ofiarami. Brakuje tylko przemocy i sprawcy. Intuicja Gombrowicza, błazeńsko genialna, spełnia się w panice naszej kultury. Istnieje niewyczerpane zapotrzebowanie na zbrodnię, która uzasadniłaby istnienie tylu dowodów. Gdyby nie powieściopisarze, Bogusław Wołoszański i gazeta.pl, żylibyśmy w chaosie nieuporządowanych materiałów dowodowych, nieprzyporządkowanych nikomu i niczemu. Potrzebujemy, inaczej niż w czasach wielkich tragików, zbrodni zastępczych, które nie uczyłyby nas jak żyć i nie dawały się nijak rozwiązać jako alegorie tragicznego losu. Kultura przerzuciła się na handel bardziej detaliczny, dowody nie mogą pozostać rozmyte, a ślady niejasne, głód konkretnych nazwisk nasycić mogą tylko bezprecedensowe demaskacje i ujawnienia; Antygona powinna mieć teczkę w IPN. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszyscy jesteśmy uczestnikami globalnego projektu kultury policyjnej, kartotekowej manii. Musimy dać się wystraszyć, malutcy spadkobiercy dziecinnego przerażenia bajką o Jasiu i Małgosi, musimy poczuć to znowu, żeby powróciło całe to bezpieczeństwo, którego nie da się odzyskać bez uczucia strachu. Powieść trzyma się tutaj mocno, wcale nie anachroniczna jako środek przekazu, bo jak nikt umie fabrykować dowody zbrodni i protokołować wszelkie wykroczenia poza literę prawa.

„Potwór i panna” Juliana Rebesa, seria kryminałów Marininej z niedawno przetłumaczonym na polski tomem „Płotki giną pierwsze”, kryminały Świetlickiego i Krajewskiego, trylogia Stiega Larssona, w której Polska zaczytywała się w ubiegłym roku, to w ogromnym stopniu opowieści o naszym byciu w kulturze, o zapleczu, w jakie jest wyposażona. A pamiętajmy, nie mówimy tutaj o kulturze wartości, ale o kulturze kodeksu karnego. To, że powieść sensacyjna współcześnie tak silnie nasyca nasze pragnienie obecności i skuteczności, nie jest przypadkowe. Nawet my, w naszym polskawym tu i teraz, niegdysiejsi smarkacze demokracji, która topornie uczyła nas strachu przed bliźnimi w programie „997”, potrzebujemy stałego uczestnictwa w projekcie kontrolowania świata. Na zawsze już uzależnieni od obrazu świata jako wielkiego spisku, koneserzy chwytania zbrodni na gorąco, musimy szukać sobie w księgarniach nowych zeszytów ćwiczeń. Poczucie bezpieczeństwa musi zostać poprzedzone poprzez kontrolowane zagrożenie, nie mamy innego źródła siły, oparcia, narzędzia kontroli lęków i fobii. Na szczęście kultura wyrozumiale oferuje nam ogólnie dostępne poligony strachu.

 

  1. Kryminał czyli zarządzanie strachem

[Wszyscy chcieliby odzyskać kontrolę nad własnymi lękami. Zarządzanie strachem to nowa forma władzy.]

Walory literackie w powieści kryminalnej schodzą najczęściej na plan dalszy; dostępne w polskich księgarniach kryminały mają wspólną, ważną funkcję: zaspokajać naszą kulturową potrzebę bezpieczeństwa poprzez jedną i tę samą profilaktykę lęków. Taka nieobowiązkowa fluoryzacja fobii społecznych. A wszystko to na skromnej trzystustronnicowej przestrzeni powieści. To nie przypadek. Z jakichś przyczyn literatura proponuje złaknionym powieściowej prawdy już nie prowadzony fachową ręką skalpel realizmu, ale witaminy i sole mineralne konwencji kryminalnej do profilaktycznego zażywania.

Współistnienie na jednej półce księgarskiej i niemalejąca popularność wielu różnych odmian gatunkowych kryminału opiera się na bardzo nieliterackim paradoksie. Żeby uczestnik kultury mógł posiadać poczucie bezpieczeństwa, potrzebuje stałego napływu zagrożeń. W tym sensie półki z szeroko pojętą literaturą sensacyjną pozwalają narodowi zdrowo odżywiać się zbiorowymi fobiami i odbywać konieczną stałą terapię lękową. Warto jednak zapytać, o jakie bezpieczeństwo właściwie chodzi.

Oto szczególna sytuacja: nieudolne państwa, które nie potrafią zapewnić społeczeństwu bezpieczeństwa socjalnego, oferują atrakcyjny pakiet działań na rzecz bezpieczeństwa osobistego i narodowego. Obywatel może nie dostanie wysokiej emerytury, ale za to funkcjonariusze obronią go przed włamywaczem, mordercą i terrorystą. Jeśli tak, to wojny wszczyna się aby odwrócić uwagę od kiepskiego stanu ubezpieczeń zdrowotnych, a widowiskowych ujęć przestępców dokonuje się po to, aby stworzyć możliwie wiarygodną płaszczyznę, na której państwo może łatwo dowieść swojej skuteczności i co więcej, obronić własną rację bytu. Na tego rodzaju możliwość manipulacji obrazem bezpieczeństwa wskazuje m.in. Zygmunt Bauman, kiedy dokonuje wyrazistego rozróżnienia w oparciu o dwa angielskiego słowa oznaczające dwie różne odmiany bezpieczeństwa, security i safety:

 

„Security dotyczy relacji społecznych – tego, co się w Polsce nazywa bezpieczeństwem socjalnym – jak stałość zarobków, wolność od biedy, dach nad głową, nadzieja na spokojną starość. A safety dotyczy głównie integralności cielesnej – pewności, że mnie nie otrują jedzeniem albo wodą z kranu, że mnie nie okradną albo nie napadną, że mnie nie zastrzelą, że nie porwą mi dzieci, że nie wysadzą w powietrze… W tę stronę współczesne państwo coraz częściej kieruje uwagę swych obywateli. Nie mogąc obiecać obywatelom security i społeczeństwa, w którym poczują się secure, władza coraz więcej mówi o zagrożeniu safety.”[1]

 

Literatura kryminalna i sensacyjna zatem, i to nie tylko political fiction, od lat jest mniej lub bardziej świadomie na usługach systemu, pomaga mu w skutecznej produkcji obrazów zagrożeń i gwarantuje ich atrakcyjną, nieprzerwaną projekcję. I o ile niegdysiejszy powieściowy naturalizm chronił sferę security i według niego to w niej kumulowały się najradykalniejsze dla ludzkiej egzystencji zagrożenia i obawy, o tyle realizm kryminalny kreuje horyzont lęków wyłącznie w tej samej sferze, co struktura władzy, to jest w sferze safety, dając kulturowe „imprimatur” dla zestawu warunków koniecznych do odzyskania poczucia bezpieczeństwa egzystencjalnego.

Dlatego – mówiąc krotko, czytelnik nie musi wiedzieć, czy podoba mu się konkretny kryminał. Ich bohaterowie mają odżywiać nasze lęki i zaspokajać nasz apetyt na strach, pilotować zbiorową terapię narodu za pomocą literatury popularnej. Spiski, ofiary, ci sprawiedliwi i ci zwyrodniali: na czas lektury rzeczywistość odzyska czytelność i sens. Powieści kryminalne należy słusznie podejrzewać o to, że wcale nie mają służyć przyjemności tekstu, lecz wywołać u czytelnika małe, domowe katharsis.

 

  1. Bohaterowie są zmęczeni.

[Boli ich kręgosłup. Siwieją. Mają niską pensję. Piją. Wielu z nich utyło; nie potrafią stworzyć stałych związków. Imponują umiejętnością dedukcji. ]

Nieprzypadkowy w historii rodzimych czytelniczych mód i miłości do kryminałów jest brak zainteresowania fikcyjnymi, literackimi lękami – czego przykładem choćby ograniczona recepcja przygód detektyw literackiej Thursday Next, która przegrała z kryminałami politycznymi i całym zapleczem sensacyjnym biblioteki kultury i doczekała się w Polsce tłumaczenia zaledwie dwóch pierwszych tomów z ogromnie popularnej na świecie serii autorstwa Jaspera Fforde’a.

W powieściach kryminalnych chętniej widzimy bohaterów funkcjonujących przynajmniej na obrzeżach znanej nam rzeczywistości. Mistrz z kryminałów Świetlickiego, komisarz Pater autorstwa tandemu Krajewski – Czubaj, radca kryminalny Eberhardt Mock Krajewskiego, major Nastia Kamieńska Aleksandry Marininej, ubezwłasnowolniona Lisbeth Salander z trylogii Larssona: wszyscy oni spełniają przy tym jeszcze jedną kulturową fanaberię: zaspokajają zapotrzebowanie czytelnika na wiarygodnie słabego bohatera. Słabi bohaterowie, tak samo jak my, z góry spodziewają się kłopotów, dlatego są z definicji lepiej przygotowani do walki ze złem, z nieokreślonym zagrożeniem. Potrafią w jego obliczu skupić się na przetrwaniu i powrocie do domu, zamiast na radykalnej konfrontacji sił.

Co charakterystyczne, regularnie pojawia się w ich losach wątek kiepskiego wyposażenia w sferze security – kochamy bohaterów, którzy są niedoinwestowani, wobec których ani fiskus, ani fortuna nie są szczególnie łaskawi. Tu, u nas, w Polsce, biblioteką rządzi rachunek zaściankowy. Stąd zachłanna potrzeba słabych bohaterów, którzy byliby mali i śmieszni, niedopasowani do bezwzględnego rytmu miasta. Kryminały z empików i merlinów wykupuje się masowo jako apokryfy o nas samych, gdybyśmy byli Mockiem, Paterem, Mistrzem czy Nastią Kamieńską. Żadne z nich nie należy do grona wybrańców losu, bywają porzucani, zastraszani, śmieszni, niezgrabni, powolni, nieudolni, nawet jeśli próbują zrekompensować to zawziętością i konsekwencją.

Słabi bohaterowie są zwykli, przeciętni, nie dysponują nieograniczonym arsenałem broni, w zetknięciu ze złem będą równie mocno jak my narażeni na atak i fiasko, równie bezradni, bezbronni, bezsilni. Mają w zanadrzu tylko nieoczywiste wobec przemocy zalety, intuicję i inteligencję, cierpliwość, upór dedukcyjny, umiejętność analizy, wyobraźnię, brak uprzedzeń, umiejętność obmyślania najbardziej nawet nieprawdopodobnych wersji wydarzeń. Niesłusznie lekceważeni tropiciele luk w chłodnych kalkulacjach przestępców to kiepsko uzbrojona, ale najskuteczniejsza kontra na wysokobudżetowe zło, przestępczy spryt, misterne intrygi, spiski, afery i knowania.

Specjalnie dla nas i potrzeb naszego treningu lękowego we współczesnych kryminałach bezpośrednie zagrożenie jest mocno stłumione. Pociągające dla nas jest uczestnictwo w świecie, w którym samo zło jest raczej o milimetr, niewiele o nim wiadomo, strzela z tłumikiem, słabo je widać, ma charakter wyłącznie poszlakowy.

Dlatego też najpilniej zaspokajaną przez autorów kryminałów potrzebą uczestnika kultury jest dzięki specyfice bohaterów coś znacznie bardziej wyrafinowanego. Metaśledztwo – tym naprawdę zajmują się major Kamieńska, hakerka Salander, czy radca kryminalny Mock. Spełnione marzenie wystraszonej globalnej wioski:, pedantyczna analiza nienależących do nikogo śladów, inwigilacja materiałów dowodowych, przesłuchiwanie niepodejrzanych, poważne traktowanie nieuzasadnionych pozornie poszlak. Prowadzone nieoficjalnie śledztwo nad śledztwami, wyniki i zakresy, mapy i niewidoczne na miejscu zbrodni motywy i dowody, pozwalają odsłonić prawdziwie utajone zbrodnie, zdemaskować przeoczone prawidłowości, odsłonić powoli układający się wzór. Wszystko to funduje pewien wyjątkowo cenny dla kultury wzór bohatera – odstającego umiejętnościami od średniej krajowej, maniakalnie skupionego, obsesyjnie skupionego na detalach, jak detektyw Monk z jego nerwicą natręctw. Jako czytelnicy, możemy być nadzwyczajnie szczęśliwi: literatura na moment nasyca nasze przemożne pragnienie kontrolowania peryferii legalności, nie bez ofiar i nie bez błędów, ale stałe, nieugięte czuwanie nad chaosem w oczekiwaniu aż entropia zacznie zastanawiająco spadać, a z mgławicy zaniechanych poszlak i nie wiążących się z niczym śladów wyłoni się jako nieoczekiwany wzór – prawda.

Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że księgarniany realizm kryminalny, nieprzypadkowa konwencja kulturowa, która zaspokaja pewną pulę niebłahych czytelniczych potrzeb, wcale skutecznie nadrabia brak literatury dającej wiarygodne portrety pokoleniowe, na których niedobór tak chętnie utyskuje krytyka literacka. To listy bestsellerów pokazują popularność wzorca, którym chętnie się żywimy i który pozwala żywić nadzieję na bezpieczną egzystencję i współdzielić fobie z bliźnimi. Na co dzień interesuje nas dziennikarstwo sensacyjne, życie na gorąco, komisyjne zaglądanie rzeczywistości pod zakrwawioną koszulę. Wiemy, że złoczyńcy są starannie ukryci.

– To taki miły człowiek, zawsze grzeczny, uprzejmy, uczynny – mówi statystyczny obywatel o swoim sąsiedzie – potworze, którego nikt nigdy nie podejrzewał o zbrodnicze skłonności.

To tego realizmu szukamy w książkach, chcemy wraz z narratorem dostąpić przywileju demaskacji zła niewidocznego, ukrywającego się w tajnych piwnicach uroczych domów w dzielnicy willowej, i podobnych obnażeń rzeczywistości, w której dobro i porządek są czysto fasadowe, i w których domyślamy się tekturowych atrap nieistniejącego stanu rzeczy. Zawzięte szukanie potwierdzenia, że nie mylimy się, bojąc. Samozwańczy szpiedzy wierzchniej warstwy wydarzeń, szukający tego, co zakryte dla oczu, tropiciele spisków, intryg i nierządu, zwolennicy rejestracji i kartotek, biegli egzegeci kodeksu wykroczeń. Oto właściwy portret pokoleniowy, średnia krajowa obaw, najgłębiej sięgająca inspekcja naszego stylu życia.

[1]       http://archiwum.polityka.pl/art/jacek-zakowski-rozmawia-z-zygmuntem-baumanem,395495.html