Dzisiejsze Miasto jest niemożliwe do oznaczenia, niewymierzalne jako fizyczna przestrzeń; Miasto o usuniętej topologii. Oko nieudolnie rejestruje obraz o nieznanej nam rozdzielczości. Wszechobecna digitalizacja rozwarstwia Miasto: skromna siatka ulic wprzęgnięta zostaje w Globalną Sieć, aby w niekonieczny sposób pośredniczyć w niekoniecznych kontaktach. Internetowe odsyłacze w adresach instytucji, komputerowe rekonstrukcje zabytkowych obiektów, półwirtualny charakter miejsca powodują zapadanie się Miasta w serię okien do otwarcia, przekształcają Miasto w jego własny hologram. Miasto nie posiada już wnętrza, straciło podwórka i zaułki: to, co prywatne i to, co społeczne zostało zdezaktualizowane. Miasto jest fasadowe, projektuje swoje istnienie z pomocą frontonów budynków, obrazów i logotypów. Wymaga od nich więcej niż kiedyś. Muszą być tym, co niegdyś wyłącznie reprezentowały, muszą mówić same za siebie, stanowić jednocześnie znak i przedmiot odniesienia. Nieokreślona całość Miasta staje się szczególnym rodzajem logo.

Ponawialna seria plakatów, ulotek i ogłoszeń. Tablice i banery reklamowe. Neony. Informacje o wyprzedażach. Metki. Uproszczone rysunki przechodniów wklejone w tło. Samoopowiadające się Miasto jako doskonała witryna internetowa, prototyp sieci katachrez. Wstukuję w wyszukiwarkę słowo miasto.

Wyszukiwarka odwrotnie polaryzuje opozycję oryginalność/ wtórność. Bezwymiarowość sieci jako destabilizacja słownika stwarza ryzyko dla symulowanego w niej języka: to, co oryginalne, całkowicie nowe (najskrajniejszym stadium oryginalności języka jest neologizm), może zostać nie znalezione, przeoczone, może nie zaistnieć. Język w sieci musi podporządkować się temu, co już powiedziane, już znane; język musi się powtórzyć, aby udało mu się przywrócić komunikację. Jean Baudrillard pisał już w latach siedemdziesiątych o tym, jak – telemedia – zdominowane zostały przez funkcję fatyczną. „Fatyczność jest oznaką, że należy podsycać kontakt, wytwarzać obieg, mówić bez końca, ażeby po prostu umożliwić język”. Wirtualna rzeczywistość jeszcze bardziej rozpaczliwie naciska na to, aby słowo zostało wybrane. Pisanie i administrowanie stron internetowych wymusza na słowach obsługiwanie możliwie dużo domen. Nazwa własna, semiotyczny genom indywidualności, w przestrzeni wirtualnej jest całkowicie bezradna, o ile nie stanie się metonimią dla wytworzonych tekstów lub rzeczy. Podporządkowanie języka wyszukiwarce to rewolucja w ekonomii językowej. Słowa zostają wtrącone w stan permanentnej katachrezy. Katachreza w sieci zmienia swą figuratywną taktykę, przestaje uzupełniać słownik, kiedy brak mu słów na to, co istnieje. Wirtualna katachreza zajmuje się zwężaniem słownika. Ściągając słownik do objętości minimum, zwiększa prawdopodobieństwo znalezienia rzeczy, której tym razem słowo już nie oznacza, ale markuje. Im popularniejsze słowo, tym większa szansa, by na nie natrafić: ma ono wówczas zadziałać jako pomost pomiędzy wynikami wyszukiwania a jednym z adresów porządkujących zasoby sieci: zwiększa pulę celów podróży po sieci. Dzięki swojej rozpoznawalności, słowo dotwarza dla użytkowników bezmiar rzeczywistości wirtualnej. Zerwawszy uprzednio więzy między znaczącym a znaczonym, słowo odsyła wyłącznie do kolejnych słów, zastępuje je wszystkie. Inaczej mówiąc, w sieci mamy do czynienia z katachrezą drugiego stopnia.

Katachreza drugiego stopnia to jeden z dowodów na to, że interfejs komputera osobistego jest terytorium symulacji doskonałej. Jednakże nie chodzi tylko o symulowanie fasady wirtualnej rzeczywistości za pomocą języków programowania, o przetwarzanie skryptów, zapisywanych przez komputer jako strumień danych, na słowa, obrazy i dźwięki. Podstępnie oczywiste wydaje się raczej ułożenie zależności pomiędzy słowami i przedmiotami odniesienia. Mamy mieć do czynienia z relacjami powtórzonymi, ze ściśle odwzorowanymi przyległościami i podobieństwami. Gra jednak dotyczy pozorowania parametrów, według jakich wykreślone są granice tzw. świata rzeczywistego. Programowanie interfejsu szuka wsparcia w języku komunikacji. Paradoksalnie, dopiero język porządkuje relacje czasowe i przestrzenne pomiędzy obrazami. Folder o nazwie galeria obrazów symuluje sortowanie i przestrzenny układ kolekcji. Słowa separują, segregują, łączą, wyznaczają ścieżki/ schematy poruszania się po interfejsie. Bez słów, informacje (dane) byłyby bezładnie kodowane w systemie zerojedynkowym, bez żadnego użytku dla człowieka: dopiero słowa oferują prawdziwy dostęp do informacji. Jeśli zatem komputer generuje pliki i foldery, jeśli otwiera przed użytkownikiem galerię obrazów, to w miejsce faktury przedmiotów, zapachu tekturowych teczek i błyszczącego druku prospektów, zamiast masywności i betonu budynków, słowa wnoszą w posagu swoją katachretyczną usłużność, oferują swój semantyczny kontur, stanowią świat na nowo dzięki naniesionemu na zdigitalizowane przedmioty odniesienia podobieństwu. Nazwy ze świata realnego przenoszą właściwości dotychczasowych przedmiotów odniesienia w przestrzeń wirtualną, w przestrzeń całkowicie innego kodu. Jednym ze złudzeń projektowanych przez komputer jest więc interfejs, widzialna fasada wydarzeń matematycznych. Dopiero jednak drugie nazwanie świata, ów świat powtórzony w języku, tłumaczy ciąg zerojedynkowy w znajomej grze różnicy i powtórzenia, symuluje kategorie, ustanawia hierarchię, odtwarza systemowość języka na ruchomych piaskach systemu operacyjnego. (Zobrazowana katachreza strumienia danych nie na darmo gra ważną rolę w filmie Matrix: granice interfejsu są granicami naszego świata?) Każde z komputerowych poleceń, takich, jakimi jawią się one użytkownikowi, jest tylko etykietką dla nieprzetłumaczalnych dlań działań programisty, przekształceń skryptu zapisanych przez pecety w kodzie zerojedynkowym. Zwykłemu użytkownikowi przywraca poznanie i rozumienie w obrębie medium, w którego (technicznej) rzeczywistości są tylko wiersze komend i obliczenia. Użytkownik nie odczuwa żadnego zdziwienia tą podwójną grą medium. Żadnego zaskoczenia faktem, że katachreza jest pusta.

Czy interfejs w istocie rozszczelnia związek przyległości pomiędzy słowem i rzeczą? Metonimiczna więź, która kojarzy w pary słowa i rzeczy, wydaje się przecież aż nadto znajoma. Kupujemy sukienki z napisem sukienka i pierzemy koszule z napisem koszula, śpimy w łóżku, podpisanym od spodu łóżko. Plamimy się tabliczką czekolady podpisaną czekolada i pijemy wodę mineralną z napisem woda mineralna, na koniec wymieniamy się wizytówkami. Nikt nie odczuwa niewygodnej tautologii. Może więc dlatego bez trudu kolonizujemy wirtualne Macondo?

Do wiadomości publicznej: ja też jestem stamtąd. Pochodzę z Miasta Tramwai, gdzie mam na imię Halina i napisał mnie Kajetan Hajkowicz. www.miastotramwai.pl