Co zrobiłaby obca cywilizacja, gdyby jedyny ślad człowieka zachował się na kartce wydartej z książki? I co, jeśli byliby to Fałszerze Gide’a, a co, jeśli Niewiedza Kundery? Gdyby ktoś postanowił (napisałam „ktoś” i pismo już nieubłaganie generuje antropomorficzny kształt przedstawiciela obcej cywilizacji), a zatem, gdyby ktoś postanowił odtworzyć na podstawie fragmentu literatury – postać człowieka, czy przedsięwzięcie to uwieńczone zostałoby sukcesem? Pytanie nie jest błazeńskie, a perspektywa – przypadkowa. Zapiszę moją prywatną wątpliwość w wersji nieco bardziej wysublimowanej: czy tekst przechowuje ludzkie DNA? Nie, kartka byłaby sterylnie czysta, żadnych odcisków czytelniczych palców, żadnej pociemniałej kropelki krwi; niestety, wyłącznie pismo. Rzecz oczywista, że w tekście można znaleźć ślad jakiejś, choćby i gramatycznej, osobowości. I w naszym barbarzyńskim języku oznaczać to może Imię, zaimek osobowy, wiek, kolor oczu, włosów, wzrost, pospieszne przebieganie w czasie wydarzeń dzięki koniugacji, archeologię wspomnień, potoki słów, strumienie świadomości i temu podobne informacje. Trochę tzw. indywidualizujących różnic w nieuchronnych powtórzeniach; walka o oryginalne podretuszowanie kolejnej kopii z matrycy homo scriptus.

Zerkam wszakże bezczelnie na kartkę wydartą zagładzie. Widnieje na niej fragment Fałszerzy: „Edward drzemie i myśli jego niepostrzeżenie przybierają inny kierunek. Pyta siebie, czy poznałby z pisma Laury, że ma ona czarne włosy?”. Rozbawiona lubianą przez Czytelników koincydencją, powtarzam pytanie. Czy poznałabym z pisma Laury, że ma ona czarne włosy? Oczywiście, wobec tak postawionego pytania nie mogłaby mieć innych.

Wyobrażam sobie jednak (antropomorfizując nieświadomie) zakłopotanie przedstawiciela obcej cywilizacji. Leży przed nim pokryta czarnymi znaczkami kartka. Ten Obcy nie wie, czy poznałby z pisma Laury, że ma ona czarne włosy; pytanie w moim barbarzyńskim języku nie zostaje zadane. Atawistyczne oparcie w literaturze science-fiction nakazywałoby w tym momencie zasugerować, że obca inteligencja, wsparta potężnym komputerem, z pewnością przetłumaczyłaby tekst na tubylczy język. Ale czy taka wersja wydarzeń jest uprawomocniona? Skąd, u licha, przekonanie, że obce cywilizacje również posługują się językiem/ pismem? Inny język, inny kolor skóry, inna ilość oczu, rąk.. Odmienne realizacje tego samego projektu. Czy pojęcie różnicy mogłoby w ogóle funkcjonować bez oparcia w pojęciu podobieństwa?

Zresztą, jakie znaczenie ma pytanie o kolor włosów, jeśli zgasła cała paleta? Czym jest np. 168 cm wzrostu Laury*, jeśli wzorzec metra w S?vres rozpadł się w pył wraz z całą ludzką cywilizacją? Czymże Laura z Fałszerzy miałaby się różnić od lauru? A czym od Józefa z Niewiedzy? Gdzie jest S?vres, w którym ukryto wzorzec znaczenia pisma? Również rozpadło się w pył? Pytanie to ciągle krąży wobec proklamowanej (w tekstach) autonomii tekstu. Co ze starą umową, po obu stronach Litery stawiającą ludzi, którzy, nieudolnie, przechowują w sobie pamięć o znaczeniu pisma, (a może w pamięci o znaczeniu pisma – przechowują siebie?)

Spośród nowych wątpliwości wybieram tylko jedną. Czy unicestwienie naszej rzeczywistości zatrzymałoby nieustanną grę w znaczenie, jaką uprawia pismo? Nie, nie dlatego, że tekst MUSI być intarsjowany swymi mrocznymi przedmiotami prze-znaczania; te, w naiwnie obrazkowej formie, pomijając średniowieczne iluminacje i rysunki ukoszmarniające książki dla dzieci – rzadko towarzyszą Literze. W miarę rozwoju, sublimacji nośników znaczenia, czyli słów, w miarę, jak pismo samo uczy się siebie – na pamięć, rezygnuje z towarzystwa oznaczanych rzeczy. Żeby przywołać Foucoulta, zwycięża wyższość przypominania wznosząca się ponad pojedynczą asercję podobieństw. Pismo wspiera się jedynie na słowach, które doskonale radzą sobie bez przedmiotu odniesienia. Beztrosko uderzają o siebie pod naciskiem wzroku, wytwarzając znaczenie, choćby pozbawione sensu. Ale właśnie tam czai się właściwy wymiar katastrofy, jaka spotkałaby osieroconą stronicę książki. Anihilacja rzeczywistości oznaczałaby pozbawienie tekstu Mnie, Czytelniczki, troskliwie podwiązującej wątłe ślady czcionki nitką opowieści, pozwalającej postaciom zachować twarz w najbardziej nawet krępujących związkach frazeologicznych.

Jasno widzę teraz w niecnych poczynaniach tekstu co najmniej dwie próby oszustwa: Pismo podszywa się pod kaligram, a my wcale nie czujemy go nosem. Tekst udaje przecież, że jego słowa układają się w kształt człowieka, że zawiera wyrazy – twarzy. Wystarczy porównać twarz w lustrze z zapisanym na kartce słowem TWARZ, żeby domyślić się, że jest to pewne nadużycie. Różnica druga: tekst udaje, że jest wyczerpujący, a ja co najwyżej bywam wyczerpana. Tekst wszakże nie ustaje w wysiłkach, podejmuje grę słów, obiecuje, że w pęknięciu między przymiotnikiem a rzeczownikiem schował resztę tekstu, że jest całością, wierną wobec oryginału. Gra słów nie może być fair play. Należałoby przeprowadzić dochodzenie w sprawie domniemanego posiadania całości sensu. Po cichu oskarżam więc tekst o to, że wykorzystuje wobec mnie strategię reader digest: jego skromna zawartość skrzętnie ukrywa, że jest jedynie streszczeniem tekstu rzeczywistości. Jak możliwa jest wszakże ta, urocza skądinąd, wiara w człekopodobieństwo Słowa?

A może jedyna rzeczywistość jaką znamy, jest rzeczywistością pisaną? Rzeczywistością przez „rz”? Od wczesnych lat dziecinnych posyła się nas na warsztaty translatologiczne, abyśmy nabrali biegłości w tłumaczeniu świata na słowa, a w istocie zajęcia te uczą wytwarzania świata na własny użytek. Nagle zamieszkujemy w języku. Zakorzeniamy się w nim, niechętnie zeń emigrujemy; próbujemy skroić go na swoją miarę. Pieczołowicie stwarzamy idiom siebie. Mówimy się na tyle często, by nie poczuć, że słowo, które staje się ciałem, wcale go nie nabiera, że język i rzeczywistość stoją wobec siebie w pozycji dysjunkcji. Duo, cum dixunt idem, non est idem. Każdy opowiada własną rzeczywistość; tylko nieliczni wiedzą, ze to jedynie narracja, gromadzona, nawarstwiająca się w czasie kolekcja słów, których wypowiadany porządek nie może być zbieżny z porządkiem życia. Gombrowicz rzucił gdzieś, na marginesie którejś swojej strony, ze konsekwentny filozof egzystencjalny powinien milczeć. Drobna wskazówka, o niebagatelnym znaczeniu: mówienie o egzystencji nie jest egzystencją. Mówiący natychmiast zostaje zaaresztowany przez język: wszystko, co powie, może się obrócić przeciwko niemu, bo to, co powiedziane, nigdy nie będzie – nim. Problem w tym, że nie można milczeć. Międzyludzkie jest międzytekstowym. Przystaliśmy na umowę wypowiadania wobec siebie i innych naszego życia w języku, umowę na piśmie, chociaż zarówno akty urodzenia, jak i akty mowy, skrzętnie zbierane przez gorliwego Kancelistę, szybko blakną wśród wielu innych stron życia.

Zakłopotany przedstawiciel obcej cywilizacji (który napisany w moim barbarzyńskim języku coraz mniej różni się ode mnie nieuchronnie osobową formą) wciąż próbuje spełnić ostatnią prośbę znalezionego tekstu: uczynić z nim to, do czego tekst został prze-znaczony. Cokolwiek to jest. Nie oburzę się, jeśli się pomyli. Nie przetrwałam, żeby powiedzieć, jak się uruchamia pismo. Jak odczytuje się w nim charakter postaci. Widzę już, co się dzieje. Przedstawiciel obcej cywilizacji pokazuje znalezisko współplemieńcom. To jedyna znaleziona forma życia, mówi, pokazując kartkę.

 * Pytanie o rzeczywisty wzrost Laury pozostawiam otwarte.