Nie da się tak zwyczajnie uwierzyć w to, że nas tutaj nie ma, że nasz język nie zawiera nas wcale; uczymy się języka, aby w nim obiecywać ciąg dalszy, wyrzucamy go w przyszłość, aby przeciągał nas na swoją stronę – musi nas ubezpieczać, iść przodem, zahaczać o rzeczywistość, więc nawet kiedy ostrożnie przysuwamy palec do krawędzi tekturowego samolotu, kiedy przez chwilę graniczymy ze światem tak, jak graniczą ze sobą figurki origami, na jesień zawsze odzywają się bóle fantomowe, uwiera amputowana realność, rwie w kościach bezpowrotnie utracona referencja. Dla wytchnienia czytamy wtedy o czasach, w których ścieżki wytyczała jedynie Litera Prawa, w których los zapisano nam w górze; tak było dopóki ciemności alfabetu nie zakryły ziemi. Marzymy o tych wiekach ciemnych i naiwnych, kiedy rzeczy w słowach można było szmuglować bez opamiętania.

Niepokojące nas zmiany w tkance tekstu, kolejne nawroty „rzeczywistej nieobecności”, która sieje spustoszenie w słowach, te reemisje tęsknoty za przedmiotem odniesienia sygnalizują przede wszystkim, że zarówno kiedy mówimy o literaturze, jak i kiedy uprawiamy literaturę, znajdujemy się w obszarze kultury archiwum, w której przechowuje się wszelkie dotychczasowe realizacje wszelkich dotychczasowych konwencji opisu. Obowiązujące stylistyki i krnąbrne innowacje znaczą nie w odniesieniu do rzeczywistości, lecz w odniesieniu do innych opisów; słowo nie jest puste, ale w naszym odczuciu opróżnione z rzeczy, ktoś okradł nasz język – z wszystkiego.

Wszakże świat, którego się uczymy, oszukani spadkobiercy epistemologów, jest światem opisanym – decyzja o jego poznaniu jest także decyzją napisaną, w myśl tej decyzji kultura gromadzi dla nas wszystkie swoje realizacje, tłumacząc to kumulacją wiedzy. Zamiast jednak stałego dostępu do stabilnych danych, kolekcjonujemy opisy naszych badań, przymykając oczy na stopniowalność ich asercji, trochę może tylko kaprysząc przy katalogowaniu fikcji. Ze straceńczą odwagą majstrujemy jeszcze czasem przy prowadnicach archiwalnych szuflad, oliwimy tryby, żeby dało się gładko wypowiadać rzeczy, żeby dało się wypowiadać słowo „rzecz” jak rzecz samą w sobie. Małe, wzruszające matactwa i czasem, mimo kryzysu referencji, ubytku znaczonego w rejestrze języka, pomimo tego śmiesznego manka wytkniętego przez speców od inwentaryzacji świata w tekście i przez tekst, „świat” i „przedmiot odniesienia” niespodziewanie powracają, jakkolwiek w cudzysłowie; w ten przebiegły sposób zapewniamy sobie do nich – nareszcie nieograniczony – dostęp.

W punktach kontrolnych radość umiarkowana. Utajnione procedury postępowania z tekstami, jakie obowiązują pracowników archiwum, zawierają cenne instrukcje: wiedzę o „świecie” i „przedmiotach odniesienia” zdobywa się bowiem posługując się porównywaniem zmian i wychwytywaniem różnic w rozmaitych opisach rzeczywistości. Pedantyczni archiwiści dbają o wyznaczenie relacji pomiędzy nimi, rozlokowanie ich pomiędzy sobą w taki sposób, aby powtórzyć układ tekstów towarzyszących, zrekonstruować opisy, które zostały wyparte, odtworzyć antagonizmy pomiędzy konwencjami, przyłączyć całą tę elektryczność, aż gra różnic sprawi, że znaczenie opisów stanie się, mimo swej nieokreśloności, na powrót „investigable” – badalne, jak za Wittgensteinem dowodzi Steiner. Kiedy proza metafikcyjna odtajnia procedury archiwum, a jej figuralne nadużycia operują właśnie różnicą pomiędzy wykluczającymi się konwencjami opisu, odsłonięta zostaje rola umów fundujących dlań odmienne odniesienia. Wyjawiony zostaje złożony związek zachodzący pomiędzy opisem a zasobami konwencji, jakie pozostają do dyspozycji kultury archiwum i wobec których określa się i różnicuje każda nowa gra językowa. Jeśli nawet (uznać, że) teksty są albo puste i nieczytelne, albo wtórne i zapośredniczone przez wcześniejsze teksty, albo, niech tam, robią za gwałtowne i natrętne świadectwo prawdy, kultura odnotowuje je każdorazowo jako zmianę w formowaniu znaczenia. Wyżsi rangą pracownicy wiedzą, że gdyby przydarzyła się nam globalna atrofia referencji, nie zmieniłaby nic w fundamentach archiwum: pozostawione katalogi ciągle wytwarzałyby najważniejszą cechę kultury literackiej: kodowanie w paśmie różnicy i powtórzenia. Jeśliby przemyśleć przy okazji derridiańskie „znamię pisane”, właśnie to byłaby jedyna względnie trwała jakość, jaką może ono oferować.

Fundamentalne przesunięcie z referencyjnej do wewnętrznie relacyjnej semantyki”, pozwalające, jak dowodzi Steiner, współczesnym naukom lingwistycznym usunąć ostatnie przesłony herezji omawiane w Kratylosie, likwiduje zakorzenienie tekstów w rzeczywistości. Notując wieczorami ruchy tektoniczne w powieściowych konwencjach realizacji własnych celów, zaczynamy domyślać się, iż praktykowana w nich figuralna perswazja jest każdorazowo narzędziem naszego rozumienia – innych opisów świata. Kiedy wykroczenie przeciwko powieściowej retoryce akceptowanej ze względu na jej niezbywalny walor poznawczy jest odczuwane jako nowe/ obce, znaczy właśnie jako zmiana, i, jak chce Rorty, destabilizuje wcześniejsze opisy świata, przywraca poznaniu wartość działania na tekście.

Trzeba dobrze przemyśleć własny sprzeciw przeciwko temu, co zanadto retoryczne: to wyraźny sygnał delimitacyjny: karny obywatel mimesis sprawnie odkreśla linijki tekstu od rzeczywistości, wie, od jakich słów zaczynają się prawdziwe rzeczy, a dokładniej: opisy prawdziwe. Granice opisów prawdziwych bywają wszelako słabo strzeżone, tak, iż nawet estetyczna niesubordynacja powieści może zostać ostatecznie zinterpretowana przez pryzmat ekspresji podmiotowej, a nowy sojusz nadawczo – odbiorczy pozwala w zmatowiałej narracji powieściowej wykryć epifanijne drugie przyjście, cud przedstawienia tego co nieprzedstawialne; bo też w kulturze Zachodu przyszykowano niezwykle chłonny wiedzy grunt pod narracyjne landszafty, co naraża nas każdorazowo na mówienie o świecie i człowieku.

Dlatego mogłabym zrobić tymi słowami wszystko, wywołać reakcję łańcuchową metafor, żeby cały język wybuchł, żeby się poddał, mogłabym wymusić kapitulację znaczenia, ręce na karku, pyszny protektorat podmiotu, rzeczywistość oddzielona higroskopijną warstwą tekstu; tak – mogłabym, przecież to wystarczy napisać. Czekam na specjalne zezwolenie archiwum.