Od początku roku występuję w ilościach wybitnie śladowych. Wydobywam starannie: głos, dotyk, działanie, każdy okruch. Rudy justynianu :-). Wiem, że solidne złoża są już blisko, ostatnio prawie przebiłam się do pokładów miłości, takiej nieuwarunkowanej i nieukierunkowanej, którą odczuwa się jako niezwykle silną i dobrą energię wewnętrzną, a nie tęsknotę czy stratę.

Rozpracowuję swój problem, i ta kopalnia będzie do zalania: od lat jestem uzależniona od smutku, bo daje mi emocje równie silne jak miłość.

Ale co z tego, że od dłuższego czasu znam swoje problemy, wiem, jak mają na imię, jeśli nie mogłam tak po prostu napisać sobie zmiany. Czułam to coraz dobitniej: przez ostatnie tygodnie nie pasowały do mnie żadne słowa. Nie mogłam się nimi najeść, nic nie powodowały, niczego nie uruchamiały, nie napędzały do kolejnych działań. Nie były mną ani moim życiem.

Kilkanaście dni temu za radą Przyjaciółki przestawiłam się na rzeczy robione rękami, nie głową. Jest ich ciągle mało i są bardzo proste, ale zaczęłam je robić, jaki odpoczynek! I jaka energia, robienie rękami to jest dopiero energia!

Rozpoznanie zatem nic się nie zmieniło: zaistnieć może tylko to, co zrobię. Więc robię, nie tylko myślę o robieniu. Podejmuję decyzje i wyzwania, nie tylko myślę o ich podjęciu. Działam, dokładam starań. Żeby dodać sobie animuszu, zabieram się za zupełnie nowe rzeczy, żeby poczuć chociażby drobną ekscytację, a nie uporczywość powtarzalnej codzienności, daję sobie z czymś radę, oglądam zrobione. Zachęcam samą siebie, żeby zrobić kolejne, bo już pamiętam, co się wtedy czuje: radość. Bardzo w brzuchu. Napędzam dynamo, żeby świecić własnym światłem i wzmacniam delikatną strefę swoich wpływów. Stała opieka nad sobą.

Taki styczeń, ptasio lekkie ślady na śniegu, bez brnięcia, zaznaczam drobne punkty linią, żeby zmienić wzór, w jaki samą siebie układam.

 

 

 

 

Obraz: Wilhelm Sasnal, Wokalistka