Porządkuję, oddaję, wyrzucam.
Dzielę na to, czego potrzebuję naprawdę i na to, co niosę latami jak balast.

Wyrzuciłam wielkie worki rzeczy na wszelki wypadek. Podarłam rachunki za prąd pobrany pod ostatnimi czterema adresami. Sprzedałam za duże ubrania, kotom ze schroniska szykuję paczkę z kocykami.

I mam wreszcie swój pokój.
I biurko.
Na biurku „Anubis piszący”, którego namalowała dla mnie Joanna JoKa Karpowicz.
I dziewczyna w turkusowej sukience, z lusterkiem i dopiskiem „Nie zgub się” – przysłały ją Kasia Warpas i Dagmara Med, a ja ją teraz postawiłam tuż przy sobie, bo się właśnie świeżo odnalazłam.

Czuję się o tyle lżejsza.
Jakbym odzyskała miejsce na życie.

Wokół mnie jest bardzo mało. Wszystko policzalne. I jasne.

Jest mi bardzo dobrze ze sobą.
Takiej z miejscem.
W głowie sześć pomysłów, każdy dość ważny dla mnie. Siedzę przy nich pilnie jak uczennica, szykuję.
Zyskałam większą pewność siebie, cudów nie ma, ale pozwalam się pochłaniać planowaniu i robieniu.

I idę do ludzi.
Ludzie tacy najwierniejsi z wiernych biorą mnie na spacer i śmieją się ze mną w deszczu, oraz idą przymierzyć sukienkę, bo też są kobietą i niniejszym bardzo tych ludzi podrzucam wysoko z wdzięczności.

I poznaję też przecudownych nowych ludzi.
Takich, że się w człowieku świeci z radości od samej rozmowy. Ludzi pełnych siebie. Jestem ich okropnie ciekawa, bo ja też okazałam się pełna siebie.

I wszystkich wokół zagaduję, stado ma na imię i poznaje mnie z twarzy. Rozmawiam w sklepach, księgarniach, kawiarniach, ciastkarniach, w czym tam kto siedzi, mansjonowa struktura ulicy, strasznie chce mi się z wszystkimi rozmawiać i wymieniać uśmiech. Dorabiam się sąsiadów własnymi rękami, jestem przyzwyczajona do tej plemienności, pewnie w jakimś stopniu dziedziczę to po dziadku – przedwojennym sołtysie. Czasami myślę nawet, że chciałabym zostać prezydentką tu u nas, bo w jakiejś części chodzi o to, żeby w końcu z sobą porozmawiać. Może zostanę. Pomyślę.

I takie dobre spokojne śniadanie dla siebie zrobiłam. Przesunięta w czasie względem wszystkich dzieci. Zrobiłam dla samej siebie pyszne proste rzeczy, jadłam chleb z masłem posypany pistacjami, gryzłam malinowe pomidory z rynku, jadłam świeżo zrobione guacamole, piłam pyszną kawę, czytałam naraz dwie książki i grzałam się w słońcu nie takiego złego co by na dobre nie wyszedł listopada.

To był dla mnie strasznie ciężki i jednocześnie bardzo piękny tydzień.
Siedzę na podłodze we własnym pokoju i przepełnia mnie radość i wdzięczność.

Pod lewym łokciem w skrzynce wydrukowanych kilkaset stron własnych słów – robię w nich przerywkę, jak trzydzieści lat temu na polu buraków, wyrywam za gęste i wpuszczam powietrze. Siedzę w tych kartkach i śmieję się do samej siebie.

Dobra cisza wokół.

Tak, zdaje się, że w środku odrastam szczęśliwa. I że cały czas tam byłam, pełna takiej mocy, że zobaczycie, miglance, co ja umiem.