Hagiograffiti

Harriet poczeka, niech wszystkie filony spoczną na swoich laurach, niech zaczną zażywać i gnuśnieć, Harriet wejdzie i zajmie z dawna upatrzoną pozycję i złoży się do strzału, nie można z nią wygrać, bo jak wszystko co dobre, przychodzi za późno.

Harriet napisze jeszcze.

Swoje nowe życiowe powołanie Harriet wymyśliła mniej więcej o drugiej nad ranem. Wracała z tęgiej klubowej popijawy, całkowicie zalana łzami rozczarowania, które pojawiało się ilekroć nikt w ciągu wieczoru nie zaproponował jej roli w zamian za pójście z nim do łóżka. Niemoralne propozycje trafiały jej się coraz rzadziej i Harriet po powrocie do domu ogarniał słuszny suczy gniew. Pamiętnego wieczoru Harriet załamała się już w taksówce. Nikt jej nie chciał, zmarszczki były coraz głębsze; bezwzględny znak, że oto kończą się złote czasy, kiedy mogła odpłatnie omdlewać w namiętnych filmach. Harriet wiedziała, że starość dla aktorki oznacza tylko jedno: koniec zbliżeń. Szlochając cicho (i suczo, błysnęło jej w głowie), wcisnęła kierowcy plik całkowicie nowych banknotów; Jerzy Waszyngton tak zmysłowo pachniał jeszcze farbą drukarską, że przycisnęła usta do jego pergaminowego policzka. Taksówkarz, rozochocony uszminkowanym prezydentem, nie mógł się powstrzymać i złapał Harriet za pierś; z przyzwyczajenia wzięła to za dowód uznania i nieco już udobruchana, uciekła do domu.

Straszliwie długo stała przed lustrem. Ta noc była objawieniem dla niej i całej policji kryminalnej. Harriet nie mogła nasycić się własnym widokiem. Skudlone, posklejane włosy cuchnęły cygarem i brudną tapicerką taksówki. Wilgotna od łez sukienka dowodziła, że Harriet posiada jednak jakieś piersi. Z bliska oglądała cudownie mroczne widmo własnej twarzy. Rozszlochany wokół oczu tusz nienaturalnie je powiększał. Zasychający łzawy potop miał wyraźne właściwości wygładzające, skóra była jak niepokalane poczęcie: na pierwszy rzut oka bez zarzutu. Jakby tego było mało, kontakt z prezydentem pobudził jej usta do reakcji uczuleniowej, a farba dodrukowała na opuchniętych, uszminkowanych wargach opalizujące zielonkawe refleksy. Zapomniana łza wyrysowała w kąciku ust znak wodny. Harriet czuła się wartościowa i namiętna, więcej: tak właśnie wyglądała. Wyglądała jakby cały wieczór uciekała przed hordą pożądających jej producentów filmowych, wyglądała jak po pensjonarskim buziaku z Nosferatu – rzutem na taśmę Murnau’a, wyglądała jak symbol kobiecego nienasycenia, wyglądała tak jak powinna wyglądać nowa kobieta. Czyli tak, żeby inne kobiety mdlały z zawiści (suczej zawiści, myślała) o to, że pewnie wszyscy proponują Harriet rolę w zamian za pójście do łóżka, aż Harriet musi przed nimi uciekać, myślała Harriet, bo dobra aktorka powinna być wybredna w sprawach repertuaru. Świetnie, pomyślała z zadowoleniem (z suczym zadowoleniem, pomyślała), teraz Harriet będzie grała taką siebie, na jaką będzie miała ochotę. Wyszła o świcie z domu i nigdy już do niego nie wróciła.

­

Dopiero kilka lat później los miał zetknąć Harriet z mężczyzną jej życia, który byłby zdolny do dostatecznie samczej podejrzliwości, prawidłowo reagowałby na jej odtąd już zawsze rozmazany makijaż i widziałby w niej kobietę, za którą ślad w ślad pełzną producenci filmowi, z naszykowanymi już w łóżkach scenopisami, gotowi ją uwieść, uwieźć i dać rolę, w której jak zwykle improwizowałaby siebie z bliźniaczą pomocą talentu i medycyny kosmetycznej, obu podówczas jeszcze w powijakach. Póki co jednak, mężczyzna jej życia żył jeszcze własnym życiem i z dużą odwagą cywilną czynił pionierskie kroki w dziedzinie sztucznego zapłodnienia w warunkach domowych.

Crounty Bear, jak nieoficjalnie notowały ówczesne kroniki policyjne, był mężczyzną o wielkich możliwościach, o niezmierzonej wprost – potencji, której trwająca dekadę słodka erupcja szczęśliwie dla Crounty’ego nałożyła się na dekadę korupcji wśród funkcjonariuszy. Wyemancypowany inseminacyjnie na tyle, aby nie zaprzątać sobie głowy kwestiami ojcostwa, chroniący prywatność swoich rachunków bankowych, ale gotów udzielać się towarzysko i genetycznie, brylował najpierw w północnych stanach Ameryki, osobliwie urzeczony depresyjną aurą, jaka unosiła się nad tamtejszymi kobietami. Epoka była dlań niezwykle łaskawa. Wydatne skrócenie damskiego odzienia skróciło zarazem tuzom amerykańskiej defloracji czas oczekiwania. Prohibicja usunęła jedyną cywilizacyjną konkurencję dla deflorantek in spe, a mianowicie alkohol. Crounty Bear miał do takich spraw nosa: wiedział, najkrócej rzecz ujmując, kiedy nic nie stoi na przeszkodzie.

A także miał eter.

Chwilami Crounty Bear czuł się komiwojażerem nadziei. Nigdy przedtem zresztą techniki sprzedaży bezpośredniej nie miały tak silnego wpływu na amerykańską krzywą demograficzną. (Z naciskiem na północne Stany.) Słynne słowa, którymi Crounty podsumowywać zwykł swą niezwykle płodną działalność i honorowy patronat, jaki objął nad cechami dziedzicznymi w – bagatela – jednym amerykańskim pokoleniu, kilkadziesiąt lat wcześniej z emfazą wygłosił W. Churchill. Nawet w patetycznym british english niosły w sobie ciągle tę ogromną dawkę straceńczej odwagi, zdolności do poświęceń i niepotrzebnego ryzykanctwa, jakiej wymaga każda służba demokracji, każda samotna wojna, każdy, by nazwać to po imieniu, konflikt – interesów. Newer in the field of human conflict was so much owed by so many to so few. Otóż to.

Właściwie jego cudowne życie rozpoczęło się w momencie, w którym zaczął handlować środkami nasennymi i uspokajającymi. Uśmierzając samotność domokrążcy wertowaniem niemieckiego wydania Freuda, wędrował z miasta do miasta, od drzwi do drzwi, od domu do domu, opowiadając zatrważające historie o śmiertelnym niepokoju, nerwach, zmorach sennych, o kompleksach z dzieciństwa i stanach psychotycznych, które nie leczone, zamieniają życie w nieustający koszmar. Zachwalając swoje specyfiki, co bardziej nerwowym klientom oferował zwykle ulubioną próbkę: była to kostka cukru nasączona samogonem i kroplami walerianowymi, zestaw zaskakująco podnoszący poziom zaufania do oferty Crounty’ego. Od czasu do czasu trafiał na lekarza czy weterynarza w jakiejś zapadłej mieścinie i wtedy wysprzedawał wszystko: najlepiej szedł eter. Do czego właściwie służy eter, dowiedział się dopiero, kiedy pewien weterynarz uśpił go, aby wynegocjować nieco niższe ceny, czyli zwyczajnie ulotnić się z całym towarem Crounty’ego. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że weterynarz najpierw nadzwyczaj uczciwie zapowiedział, iż zrobi to samo co eter. Crounty’emu mocno zaimponowała umiejętność praktycznego zastosowania wiedzy, więc nie zawahał się, gdy tego samego zażądało odeń przeznaczenie pod postacią pięknej i nieszczęśliwej klientki

Lady D. bez słowa wpuściła obcego mężczyznę do bawialni z rozmachem wytapetowanej w purpurowe róże i z niezrozumiałą determinacją opuściła rolety; na lędźwiach Crounty’ego natychmiast rozbił się pierwszy przypływ tak rzadkiej w handlu obwoźnym silnej ekscytacji. Czuło się wprost, jak wiele lat później dyktował komisarzowi, po prostu widać było, że pani D. jest w desperacji, kiedy ujrzało się głębokość, z jakiej wołał jej dekolt. Ze zniecierpliwieniem wysłuchała oferty, bez entuzjazmu zgodziła się przyjąć próbkę cudownych kropli na wszystko, jak zachwalał walerianowy samogon, i, bezradnie pocierając spotniałe piersi, spytała, czy takie krople leczą także bezpłodność. Crounty’ego przeszył nagły dreszcz, wraz z którym pospołu w historii genetyki i kryminalistyki zaczął się nowy rozdział. Nasilająca się frustracja z powodu nieznajomości niemieckiego, która nie pozwalała Crounty’emu sycić klientek wysublimowaną freudowską analizą ich prowincjonalnych marzeń sennych, nareszcie miała znaleźć ujście. Właśnie w oparciu o materiały z tego okresu, policja stanowa spopularyzowała dla potrzeb współczesnej konwersacji natrętnie powtarzający się w kartotece Crounty’ego zwrot pomyłka freudowska. Crounty daremnie wyjaśniał policji, że opacznie pojąwszy intencje doktora Zygmunta F., starał się siać w libido swoich klientek ziarno prokreacyjnej nadziei jak umiał. I była to, zgryźliwie dodawał komisarz, najbardziej brzemienna w skutki pomyłka w całych dziejach ludzkości. Jak szacuje współcześnie środowisko lekarskie, była to zarazem jedyna skuteczna interwencja psychoterapeutyczna u kobiet. Zanim jednak nowoczesny świat na stałe odkrył u siebie libido oraz nauczył się nowego niezrozumiałego powiedzonka (świat ten, podobnie jak Crounty, nigdy nie nauczył się dobrze niemieckiego), Crounty, wpatrzony w piersi Lady D., jak lunatyk odstawił walerianę i sięgnął po strzęp gazy i buteleczkę eteru.

W cudownym dwudziestym wieku kobiety nie miały za wiele możliwości, jeśli chodzi o poprawianie sobie humoru. Pragnienie kompensacji pasma niepowodzeń, jakim jest dla płci żeńskiej życie w całej rozciągłości, wymuszało należny sobie haracz na kobietach wszystkich stanów. Sama Harriet w chwilach popołudniowej trwogi przed nie wiadomo czym (pierwsza oznaka menopauzy), biegła na zakupy. Niewiarygodny imperatyw kupienia sobie czegokolwiek natychmiast był niemożliwy do stłumienia. Był jak jeszcze jedna szansa, jak bilet do Arki Noego dla starzejącej się śmietanki towarzyskiej, kompletnie niestrawnego produktu epoki, która wprowadziła co prawda dodatek pielęgnacyjny dla starych i schorowanych, ale jednocześnie kazała im zniknąć sprzed oczu, żeby nie zaniżali średniej estetycznej.

Peruki, odmładzające kremy i śmierć. Harriet biegła po nowe buty, szukała cudu sztuki szewskiej, szukała czegoś stworzonego z szewską pasją. Żółta świńska skóra, podeszwa na wąskim klinie, żeby wciąż szczupłe łydki mogły się obiecująco chybotać, nad kostką pasek zapinany na malutki guziczek, żeby kostka wydawała się chuda, chuda tak pięknie jak żadna inna. Buty były o numer za małe, ale pragnienie kupienia butów tak niebiańskich, jakby nie trzeba było w nich stąpać po ziemi, przeważyła; wizja własnych łydek zwieńczonych nowymi bucikami z żółtej świńskiej skóry uwiodła Harriet szybciej niż najbardziej żółty i świński producent filmowy. W swoim nowym życiu Harriet bardzo ceniła wszystkie lekarstwa na trwogę.

Crounty’ego, jak co rano, obudziła własna erekcja. Był to jedyny moment, kiedy odczuwał ogromny smutek i znużenie, był to bowiem również jedyny moment, kiedy miewał erekcję. Nieukierunkowane pożądanie pozbawiało go złudzeń, że w pełni panuje nad swoim ciałem. Starość będzie niekończącą się przyjemnością, podejrzewał z przestrachem Crounty, przyjemnością, którą nie da się sterować, będzie żenującą paradą męskości, z której stopniowo on sam będzie się musiał wycofać. Właściwie teraz też może się już tylko przyglądać. Erekcja bez powodu, przemknęło mu przez myśl, kiedy mechanicznie napełniał nasieniem puste ampułki. Musiał wypalić się zawodowo, zrozumiał to już jakiś czas temu, kiedy chwile obcowania z eterycznymi kobietami przestały jego członkowi gwarantować minimalne choćby uniesienie. Jedynie owo poczucie misji, z jakim odsłaniał nagą prawdę o jednostajnym kroju bawełnianej bielizny, dodawało mu sił podczas samotnych, melancholijnych ejakulacji. I tylko dzięki niezłomności Crounty’ego, mężczyźni wielu amerykańskich miasteczek mieli na długo zapamiętać skromną postać domokrążcy w czarnym prochowcu i zniszczonej panamie, który pobrzękując szklanymi buteleczkami i strzykawkami, leczył ich żony z bezpłodności w leniwe bezdeszczowe popołudnia.

Włosy Crounty’ego gwałtownie rudziały. Cały się starzał i płowiał, jakby, w miarę upływu czasu, oprócz sensu życia traciło się także kolor. Stał pod ostatnim domem w miasteczku, w ogródkach od słońca wysychały astry, trzeba było poszukać jakiegoś schronienia na całą tę niechcianą jesień.

Prochowiec Crounty’ego wyglądał strasznie pociągająco, był taki znoszony, jak obietnica trzydziestu lat małżeństwa, jak wspólne zakupy i czasem spacer, kwiaty; pasowałby jak ulał do sukienki Harriet. Harriet patrzyła przez okno. I co, Harriet nagle powie mu drżącym ze wzruszenia głosem, żeby nie deptał trawników? Nie godzi się, odświętnie dręczyła się ukryta za portierą Harriet, nie godzi się. Crounty w zdenerwowaniu zdeptywał trawę przed jej oknami, pasmo za pasmem zostawiając ślady swoich skrzypiących wyschniętą skórą butów. Harriet mogłaby się w nim zakochać, zaproponowała sobie Harriet, to byłby taki niedźwiedź, ogromne przytulenie Harriet. Ale czy Harriet jeszcze umie?

Crounty marzył o czekoladzie. I żeby do końca się zestarzeć. Jedno gorsze popołudnie. Ot co. I żeby nauczyć się niemieckiego. W ręce wskaźnik, das ist libido, Frau Lola. Das ist schön. Und das ist eter. Eter to nieskończoność, Frau Lola, niech pani zamknie na chwilę oczy i oddycha głęboko. Życie jest piękne. Schön. Cała przyjemność po mojej stronie, Frau Lola. Skrzypiące skórzane buty nigdy nie brudzą brzegów sofy.

Harriet chciała czegoś. Czegokolwiek. Żeby to się stało i było, i żeby zmieniło wszystko. Buty Crounty’ego skrzypiały przyjaźnie na wyschniętej na pieprz uliczce, Harriet mogłaby je teraz wypastować i postawić pod schodkiem, tuż obok swoich nowych bucików. Taka przysięga małżeńska na wysoki połysk. Tymczasem nic się nie działo, więc Harriet umyła chociaż włosy, żeby wyschły w półprzezroczystym słońcu.

Ogród niemal unosił się nad ziemią z nienaturalnego o tej porze roku gorąca, kwiaty i liście miały wytrawione ogniem krawędzie, nic nie więdło, ani nic nie rosło. Temperatura wydestylowała z płatków cały zapach, zawieszony teraz gdzieś w górze. Harriet wyszła przed dom wsuszyć we włosy wszystkie te miejskie plantacje róż, rozgrzaną trawę i apteczny ton nadawany przez spalone słońcem liście orzecha: stała nieco odchylona w tył, tak, aby włosy swobodnie spadały w płynne powietrze. – Czy miewa pani koszmary?- zza żywopłotu wynurzył się Crounty, a Harriet zachwiała się na miękkich nagle nogach.

Niegdyś polubownie odkrywali wspólną Amerykę, Kolumb i ona, księżniczka krwi, zwykła praca, jak wyrabianie form albo inne brewerie. To była stylistyczna krioterapia, wzajemne zmuszanie słowników do chłodnej uległości, nic ponadto, nic więcej, jak słusznie przewidywała Harriet, spotkania wyznaczane tylko tam, gdzie ryzyko rozczarowania nie jest zbyt wielkie.

Ocean był cudowny. Harriet stała na brzegu jak w klepsydrze. Plaża przeszklona taflą wody. Łatwo tłukący krajobraz, do którego jemu nie chciało się więcej dojeżdżać; po powrocie Harriet natychmiast zapadła na jakąś chroniczną jesień; pleśń myśli. Miała odtąd cierpliwie się starzeć i studiować spisy lokatorów w pobliskich kamienicach.

Harriet nie była nigdy pewna, czy stać ją na stabilną depresję singli, w której natychmiast obumarłoby jej pragnienie współbycia, jak dotąd, brakło jej dostatecznie komfortowych warunków, zakontraktowanej aury swobody i niezależności. Nie umiała wymyślać gwałtownie innych sposobów istnienia, nie umiała cieszyć się, gdy docierał do niej skurcz ciała, że to tylko jedno ciało. Chociaż z jednym ciałem istotnie nie miała za wiele roboty, schludnie ułożone zaimki dzierżawcze spoczywały w kupionej niegdyś bieliźniarce, tylko wersja mój, moja, moje wyglądała na lekko znoszoną; każdy skurcz kiedyś mijał, to dobrze, cieszyła się powściągliwie Harriet, skurcz mija, gdy wypić nektar izotoniczny, niestosowna w tej sytuacji chęć poskarżenia się komuś mija chwilę później. Harriet pielęgnowała ciało i umysł, aby słusznie zredukować bodźce komunikacyjne. Eliminacja bólu jest sprawą najwyższej wagi, doskwierający ból otwiera na drugiego człowieka, prosi o szklankę wody, Harriet piła więc witaminę, która chroni przed cierpieniem, i uzupełniała sole, prawidłowa dieta pozwala ustrzec się od zgubnych zależności, przykład Lady Makbet dowodzi, że miłość to choroba brudnych rąk, samotni rozsądniej wydatkują energię, wdech wydech. Harriet nie wszczynała już więcej miłosnych wojen i nie trwoniła sił na pokojowe układy, pośpiesznie ratyfikowane w łóżku.

W kolejnych mieszkaniach wyłącznie szkaplerz telefonu czuwał nad jej nieostrożnymi wyprawami we wspólną przyszłość, nawigowanymi w słabym świetle nocnej lampki podczas coraz rzadszych przypływów beznadziejnego pragnienia.

Ale Harriet i to zmieni, myślała coraz chętniej Harriet, metodycznie zapisując kolejne strony dziennika, zmieni to, tylko przygotuje narzędzia, wysterylizuje słowa: niedługo odbędzie się kolejna operacja oddzielenia Harriet od siebie za pomocą higroskopijnej warstwy tekstu.

Dawno temu, wcześniej, Harriet narastała w sobie jak coś niedobrego i rozpoznawała objawy, była to reemisja tęsknoty. Od niemówienia bolały wargi, od niepocałowania bolały wargi. Harriet bała się wszystkiego, co teraz jakby się zepsuło; machina zatrzymała się, Harriet próbowała ją ruszyć, ale straciła resztę siły. Właściwie mogłaby tymi słowami wszystko, mogłaby wywołać reakcję łańcuchową metafor, żeby cały język wybuchł, żeby się poddał, mogłaby wymusić kapitulację znaczenia, ręce na karku, pyszny protektorat podmiotu, tak – Harriet mogłaby przecież, to wystarczy napisać.

Ale niczego już nie robi. Nie zrobi nic. Może Harriet sama się nie dość pilnowała, może sobie zachorowała nieopatrznie i ukradkiem sobie zmarniała; żeby nieszczęścia z tego nie było jakiegoś.

Człowiek porządny nawet jak oddycha, to układa w sobie to oddychanie, warstwy tlenu schludnie wpompowywane, zapobiegliwe dokarmianie świata uczciwie wydalanym dwutlenkiem węgla, co ma w człowieku zostać, zostaje, co zbędne, wyrzucane, a w Harriet to oddychanie jakoś się rozproszyło, nienasycenie takie,

wszystko osobno, tlen osobno i ona osobno, nic jej się nie łączy, żadnej chemii nie ma, jak jej powiedział, więc nie może być żadnych wiązań, Harriet by się zresztą nie znała na takich narciarskich wiązaniach, nie umie, żeby tak wiązanie założyć i zdjąć, a pomiędzy noc wielkiego sezonu, co to za wiązania dwuwartościowe dwuznaczne.

i Harriet sobie teraz obumiera, żal, że ją to wszystko zepsuło, szkoda jakaś

czasem jeszcze tyle że położy na język znaczek pocztowy, przyłoży do ust czysty brzeg koperty,

i nie, nie będzie już żadnych doręczeń, żadnej poczty, tylko jasny klej znaczków, żeby usta nie odwykły całkiem od dotyku.

Harriet. Harriet. Jesienna upadłość ducha, szykuje się akcyza na elan vital. Harriet odkłada przedawnioną, papierową siebie, ubiera sukienkę i idzie zaproponować Crounty’emu wspólne życie. Ordnung must sein und zeit.